Ohayo~! ^.^
Kimie przybywa z rozwiązaniem zagadki~! :D
Oto nadszedł ten dzień! Kim tak naprawdę jest Patrice?! o.O
Właśnie wręcz skończyłam pisać i tak mi się mordka cieszy, że hej >w<
Mam nadzieję, że wam się spodoba. ;)
Ogółem to teraz akcja będzie szła szybko, więc nie będzie dużo rozdziałów.
Jutro wstawię prawdopodobnie rozdział z TB albo jak napiszę one-shota to to wstawię. xp
Przypomnę o ankiecie i konkursie~! :3
Pamiętajcie skomentować~! *.*
Enjoy~! #Kimie
Rozdział dedykuję wszystkim, którzy to czytają. :3
Poszłam spać z uśmiechem na
ustach. Miło było z nim tak posiedzieć i na spokojnie porozmawiać, bez żadnych
złośliwości. Szybko zasnęłam lecz obudziłam się w nocy. Obróciłam się na drugi
bok próbując zasnąć. Nagle poczułam zapach jabłek. Skąd jabłka w moim pokoju?
Otworzyłam oczy i omal nie zleciałam z łóżka. Tuż obok mnie spał sobie w
najlepsze Pan P. Siedziałam i patrzałam się na niego zszokowana. Od kiedy on tu
leży i kiedy przyszedł?! Zaczęła szturchać go za ramię.
-Przestań mnie szarpać i
idź spać.- Wymamrotał i przekręcił się na bok, układając się wygodnie.
-Co ty tu robisz i dlaczego
tu śpisz?!- Wyszeptałam patrząc na niego groźnie. Ten uchylił lekko swoje
powieki, patrząc na mnie. Nie powiem ale wyglądał wręcz zmysłowo z tym
spojrzeniem.
-Przyszedłem ale ty spałaś,
a że byłem zmęczony po tym jak tu przyszedłem to się położyłem. Więc zamiast
mnie budzić idź spać, a nie marudzisz nade mną.- Powiedział i poszedł spać
dalej.
-Oj, nie będziesz tu....-
Zdążyłam powiedzieć szarpiąc go ponownie lecz on pociągnął mnie za rękę tak, że
opadłam na łóżko. Oplótł rękoma moją szyję i zasnął. Próbowałam się wyszarpać
lecz na nic zdały się moje działania. Zobaczyłam na niego z ukosa. Jego twarz
była taka spokojna i niewinna. Do tego był tak blisko, że doskonale czułam ten
zapach jabłek, róż, ziemi i czegoś, czego nie mogłam rozpoznać. Zasnęłam prawie
wtulona w niego.
Obudziłam się czując, że
coś jest nie tak. Otworzyłam oczy i pierwsze co ujrzałam był sufit. Spojrzałam
się w lewo i ujrzałam Pana Zagadkę leżącego na prawym boku. Nie spał tylko
opierał głowę na ręce. Spojrzałam się w dół. Pan P. dotykał delikatnie moich
piersi przez koszulę. Chwilę mi zajęło zanim zbudziłam się do końca i doszło do
mnie co robi. Ni to pisnęłam, ni westchnęłam odpychając od siebie jego dłoń.
-Co ty robisz?!!- Odsunęłam
się nieco od niego, łapiąc na kołdrę.
-Zdałem sobie sprawę, że
zawsze nosisz gorset i jakoś tak dawno nie widziałem twoich piersi ani ich nie
dotykałem. Więc postanowiłem przypomnieć sobie ich kształt i wielkość.- Powiedział
beznamiętnie, patrząc na mnie uważnie.
Zarumieniłam się lekko.
-Dziwne masz postanowienia.
I nie dotykaj mnie bez pozwolenia.- Fuknęłam na niego, odwracając wzrok. Nie
zauważyłam jego chytrego uśmieszku i tego, że się do mnie przybliża. Nim
zdążyłam zareagować zostałam przekręcona na prawy bok, a on przylgnął do moich
pleców. Jego dłonie spoczęły na moich piersiach, masując je przez materiał
koszuli. Poczułam jak liże i podgryza mój kark.
-Ej~!
C-Co.....Co ty robisz?! Puszczaj!- Próbowałam się wyrwać ale nic z tego.
Przyszpilił się do mnie mocno i nie chciał wypuścić ze swoich ramion.
Zadrżałam, gdy polizał mnie za uchem.
-Mmmm.....Podobają
mi się twoje reakcje.- Wymruczał mi do ucha, liżąc i podgryzając je po tym.
Dłońmi ściskał delikatnie lecz stanowczo moje piersi, po chwili dwoma palcami
szczypiąc moje brodawki. Stęknęłam z przyjemności, zasłaniając usta dłonią.
Drżałam, powstrzymując westchnięcia.
-Podoba
ci się, a sama sobie próbujesz temu zaprzeczyć. Trochę to zabawne.- Usłyszałam
jego krótki śmiech tuż przy uchu.- Ale ja potrafię sprawić, że będziesz błagać
abym nie przestawał.- Wyszeptał ledwo słyszalnie. Poczułam jego place sunące
powoli po mojej nodze w stronę ud. Zacisnęłam uda, odwracając wzrok. Po chwili
poczułam jak rozszerza moje uda. Pisnęłam przerażona łapiąc się prześcieradła.
Jego zimne palce sunęły po wewnętrznej stronie moich ud, docierając do mojego
krocza. Gdy mnie tam dotknął zadrżałam i kilka łez spłynęło po moich
policzkach. Przejechał w dół i górę i ponownie, a ja wręcz wstrzymałam oddech.
-P-Przestań.....-
Wyszeptałam, chowając twarz w poduszkę.
-Hmmm......Dzisiaj
chyba nici z zabawy. Tak się zestresowałaś, że coś innego wyleciało, zamiast
tego czego oczekiwałem.- Poczułam jak zabiera palce, więc postanowiłam na niego
spojrzeć, a w szczególności na jego dłoń. Zauważyłam na nich krew i od razu
domyśliłam się o co mu chodzi. Nie wiem dlaczego ale odetchnęłam z ulgą.
Spojrzałam się na jego twarz. Wpatrywał się we mnie jakoś dziwnie, inaczej niż
dotychczas. Uśmiechnął się przebiegle po chwili, wstając z łóżka. Podszedł do
toaletki biorąc z niej chusteczkę i wycierając dłoń.
-Jesteś
okropny.- Powiedziałam i przykryłam się kołdrą. Czułam się, jakbym była całkiem
naga. Usłyszałam jego śmiech i zauważyłam jak kręci głową.
-Ja
po prostu jestem sobą.- Powiedział zadowolony z siebie. Zauważyłam jak bierze
moją czerwoną pomadkę. Otworzył pudełko, powąchał, po czym wziął odrobinę na
palec i pomalował sobie usta.
-Nie
dotykaj moich rzeczy.- Prychnęłam z oburzeniem. Ten jednak skończył malować
sobie usta i ponownie wytarł palce, odstawiając pudełko. Musiałam przyznać
przed samą sobą, że idealnie pasował mu ten kolor. Podszedł do mnie z lekkim
uśmiechem. Skuliłam się pod kołdrą, patrząc na niego nieufnie. Ten uśmiechnął
się szerzej, pochylił się i pocałował w policzek.
-Do
zobaczenia później, Lili.- Wyszeptał do mojego ucha, po czym wyszedł na balkon
i zniknął. Siedziałam tak trochę skołowana, nie wiedząc co dokładnie teraz
zrobić. Otrząsnęłam się i wstałam, podchodząc do lustra. Na moim policzku był
czerwony ślad szminki. Wzięłam szmatkę i nawilżyłam ją wodą aby to zetrzeć. Co
by było, gdyby Nuna to zauważyła. No może nie byłoby tak źle, gdyż mogłabym
powiedzieć, że to przez mamę. Chociaż taki ślad wcześnie rano? Wytarłam twarz i
podeszłam do okna. Rozejrzałam się. Nie było go. Gdzie poszedł? Może do Silo? A
może ma jeszcze jakieś miejsce, które lubi odwiedzać? Moje przemyślenia
przerwała Nuna, która zapukała i weszła. Przywitała mnie promiennie. Od razu
powiedziałam, że dostałam miesiączkę. Pomogła mi więc się obmyć, po czym ubrała
w lekką sukienkę i zaprowadziła na śniadanie. Ten dzień zapowiada się bardzo
dziwnie.
Spacerkiem
poszedłem do swojego pokoju. Nie spieszyło mi się nigdzie, a popatrzeć sobie na
codzienność ludzi nie zaszkodzi. Wesoły wszedłem do swojego pokoiku od razu
zauważając pewną osobę.
-Co
się stało, że odwiedzasz mnie o tak wczesnej porze?- Zapytałem zamykając drzwi
i siadając na krześle, naprzeciw Josepha.
-Chciałem
ci powiedzieć o następnej misji, a cię nie było. Więc postanowiłem poczekać niż
szukać cię po mieście.- Powiedział i spojrzał na mnie. Zrobił zdziwiona minę,
po czym uśmiechnął się lekko. Wyciągnął rękę i złapał mnie za podbródek.-
Pasuje ci ten kolor. Chociaż ciekawi mnie skąd wzięła się ta szminka na twoich
ustach.- Przejechał kciukiem po mojej dolnej wardze.
-Chciałem
zobaczyć twoją reakcję, więc umalowałem swoje lubieżne usta na ten kolor.-
Uśmiechnąłem się chciwie, patrząc na niego uważnie. Joseph pokręcił głową w
niedowierzaniu głową, zabierając dłoń i wycierając ją.
-Tylko
nie maluj ich na spotkania, bo Dita będzie cię wyśmiewać.- Widziałem w jego
oczach takie jakby ostrzeżenie abym znowu się z nią nie droczył, a zarazem
rozbawienie, gdyż jednak lubi nasze piękne wymiany zdań i poglądów.
-Mógłbym się jej odpyskować, że wyglądam tak
o wiele lepiej od niej i dodać kilka jakże pięknych słów.- Uśmiechnąłem się
szeroko, zabierając po tym od Josepha chusteczkę aby zetrzeć tą czerwień.
-Denerwowanie
jej to twoja ulubiona rozrywka jak mniemam. No dobra. Skończmy ten temat i
porozmawiajmy na nieco poważniejszy. Jak wcześniej wspomniałem mam dla ciebie
kolejną misję. Tym razem średniej klasy malarz. Poradzisz sobie bez problemu.-
Uśmiechnął się kącikami ust, obierając brodę na rękach.
-Wyprowadzanie
jej z równowagi jest takie relaksujące.- Parsknąłem śmiechem, poważniejąc po
chwili.- Rozumiem, rozumiem. Malarza średniej klasy to już nawet o którego ci
chodzi. Więc to co zwykle i po wszystkim?- Zapytałem wręcz z obojętnością.
Przyzwyczaiłem się po prostu do tego i nic jakoś mnie nie zaskakuje.
-Przykro
mi to mówić ale nie. Tutaj daję ci wolną rękę.- Mrugnął do mnie, a ja od razu
się rozpromieniłem.
-Czyli
mogę zrobić co zechce i co przyjdzie mi do mojej zacnej główki?!- Pokiwał
potwierdzająco głową, a ja uśmiechnąłem się szeroko. Wolna ręka, czyli mogę go
torturować nawet całą noc.
-Zlecenie
na jutrzejszy wieczór, więc nie zapomnij dzisiaj się zameldować.- Joseph
próbował być poważny ale mu nie wychodziło. No tak. Widząc moja ekscytację nie
mógł zachować pokerowej twarzy. Nic na to nie poradzę, że lubię torturować
ludzi. Każdego cieszy co innego, a mnie akurat to. Wstałem i przeciągnąłem się.
-Nie
musisz się martwić. Przyniosę ci prezent, gdy skończę.- Uśmiechnąłem się
psychicznie i pomachałem, wylatując zaraz po tym przez okno. Ach. Świeże
powietrze. Przeleciałem się na spokojnie nad miastem. Wylądowałem w ogrodzie
idąc na swoje ulubione miejsce. Przysiadłem pod drzewem, czekając.
-Dzień
dobry~!- Wręcz po chwili poczułem małe ramiona obejmujące moją rękę.
-Witaj
Silo. Wcześnie dziś jesteś.- Pogłaskałem chłopaka po włosach, przeczesując
czarne kosmyki. Pierwszy raz przyszedł do niego od mojego wyjazdu.
-Stęskniłem
się za panem.- Wymamrotał nadal tuląc się do mojego ramienia. Uśmiechnąłem się
i cmoknąłem go w czółko.
-Ja
za tobą też Silo. Przykro mi, że nie mogłem cię wcześniej odwiedzić. Ale mam
dla ciebie prezent.- Malec od razu się ode mnie odkleił, patrząc na mnie
wyczekująco swoimi dużymi niebieskimi oczami. Usiadł obok i czekał. Wyciągnąłem
więc z płaszcza niewielki woreczek i wręczyłem mu. Wziął go ode mnie i zerknął
do środka. Włożył do niej rękę i wyciągnął kolorowe muszelki.
-Łał~!
Ale piękne! Dziękuje~!- Uśmiechnął się szeroko, rzucając się mi po tym na
szyję. Zaśmiałem się, głaskając go po plecach.
-Ależ
nie ma za co. Chciałem ci wynagrodzić te dni nieobecności.- Silo oderwał się
ode mnie, siadając jak zwykle między moimi nogami i opierając się o mój tors.
Wysypał muszelki z woreczka i zaczął się każdej po kolei przyglądać. Kazałem mu
przyłożyć jedną do ucha. Rozpromienił się słysząc szum morza. Spędziłem z nim
tak czas do późnego popołudnia. Musiałem jednak już iść i wypełnić swoje
obowiązki. Przegnałem się z nim, życząc miłej nocy i poleciałem. Ta noc
zapowiada się na długą.
Nie
przyszedł. Chodziłam zirytowana w tę i z powrotem czekając na tego idiotę.
Chociaż z drugiej strony nie wspominał, że przyjdzie dzisiaj. Mam nadzieję, że
nie przyjdzie w nocy, gdyż brzuch mnie boli od tej miesiączki co jest męczące.
Plus wpadnie mu coś dziwnego do głowy i postanowi to na mnie wypróbować. Zaraz,
zaraz ale dlaczego ja go wyczekuję?! Po co na niego czekam zamiast robić
pożyteczniejsze rzeczy?! Prychnęłam rozdrażniona i wściekła całą ta sytuacją i
udałam się do swojego pokoju. Przebrałam się i położyłam. Nie mogłam zasnąć.
Różne dziwne i nielogiczne myśli krążyły po mojej głowie. Do tego ten ból, tym
razem w krzyżu. Westchnęłam cierpiętniczo, odchylając głowę w tył.
-Wdychasz
jakbyś nie dostała tego, czego chcesz.- Od razu podniosłam głowę, rozglądając
się po pokoju. Pan Zagadka siedział na łóżku i patrzał się na mnie obojętnym
wzrokiem.
-Zamknij
się. Dostałam miesiączki, plecy mnie bolą i mnóstwo innych spraw weszło mi na
głowę. Nie dobijaj mnie, bo się wścieknę i zacznę w ciebie rzucać czym
popadnie.- Spojrzałam na niego gniewnie. Zrobił zdziwiona miną, pomieszaną z
szokiem, a po tym zaczął się głośno śmiać. Zwijał się ze śmiechu nawet, gdy
rzuciłam w niego poduszką.
-Nie
wiedziałem, że przez takie coś stajesz się taka groźna.- Wytarł łezkę
rozbawienia i przysunął się do mnie.- Mam rade na twoje bóle. Połóż się tylko
na brzuchu.- Powiedział wesoło. Zmrużyłam oczy, zasłaniając się kołdrą.
-Myślisz,
że to zrobię po tym co zrobiłeś dziś rano?!- Prychnęłam na niego, co miało
znaczyć „Nigdy w życiu.”. Westchnął głośno.
-Obiecuję,
że nie zrobię nic niestosownego. Więc zaufaj mi ten raz i daj sobie pomóc.- Nie
wiem dlaczego ale po tych słowach poczułam się pewniej. Powoli położyłam się na
brzuchu, patrząc na niego niepewnie. Od przykrył mnie od pasa w dół i usiadł
lekko na moich biodrach. Chciałam się szarpnąć lecz tylko zacisnęłam pięści.
Wtem poczułam jego dłonie, masujące dolną część moich pleców. Od razu się
rozluźniłam, czując miłe mrowienie. Oddałam się temu i chyba nawet dwa razy
zamruczałam.
-Zrobiłem coś złego?- Zapytał po jakiś 10 minutach, schodząc ze mnie. Usiadłam patrząc na
niego z lekkim uśmiechem.
-Wręcz
przeciwnie. Dziękuje.- Pochyliłam się i pocałowałam go w policzek. Odwróciłam
wzrok zmieszana, kładąc się i przykrywając po uszy.- Muszę rano wstać więc dobranoc.-
Wymamrotałam. Wtem poczułam lekki pocałunek w czoło.
-Dobranoc
Lilian.- Wyszeptał tak, że przeszedł mnie dziwny dreszcz. Po tym nastała cisza.
Nie wiedziałam, czy sobie poszedł czy tez nie. Po prostu zasnęłam z miłym,
ciepłym uczuciem na sercu.
Następnego
dnia nie robiłem nic konkretnego. Siedziałem wręcz do późnego wieczora na dachu
i obserwowałem pracujących ludzi, podziwiając po tym zachód słońca. Poszedłem
po tym na chwilę do swojego mieszkanka przebrać się i udałem się na swoją
misje. Cicho, niezauważalnie wszedłem do pracownie Pana Malarza. Wiedziałem, że
nadal pracuje, więc nie czekałem aż skończy. Siedział na stołku i z lekkim
uśmiechem malował jakiś niewielki obraz. Nie obchodziło mnie co maluje, gdyż
jedna myśl zajmowała moją głowę. Podszedłem jak cień do niego. Zakryłem usta
dłonią, do szyi przykładając sztylet. Pędzel upadł na podłogę brudząc ją na
niebiesko. On zastygł w bezruchu, trzęsąc się. Wiedział. Wiedział kto po niego
przyszedł. Lecz nie wie, co go czeka. Pociągnąłem go tak, ze spadł ze stołka.
Zwinnym ruchem podciągnąłem go do pozycji pionowej, przywiązując do drewnianej
belki jego ręce. Odsunąłem się podziwiając swoje pierwsze dzieło. Patrzał na
mnie. Tak. Patrz. Patrz na mnie ze strachem w oczach. Patrz uważnie i niech ten
obraz wyryje ci się w pamięci aż do twojej śmierci. Aż zamkniesz oczy.
Podszedłem do niego powoli. Coś do mnie mówi ale ja nie słucham. Nie muszę. To
ja tu wyznaczam warunki. Wyciągam niewielki nóż. Wyciągam rękę i przeciągam
ostrzem po jego boku. Krzyczy z bólu lecz nie jest w stanie nic zrobić.
Podchodzę do jego ręki. Palcami wiodę po jego żyłach. Robię kreski tuż obok
nich. Trzęsie się i krzyczy, a ja się z tego śmieję. Podchodzę do drugiej ręki
i robię to samo. Łzy ciekną mu z oczu. Żałosne. Chciał łatwego i wygodnego
życia, więc trzeba za to teraz zapłacić. Ustaję przed nim. Twarz wykrzywiona w
strachu i bólu. Łapię go za włosy i ciągnę nieco do tyłu. Przykładam ostrze do
jego ust i przecinam mu wargę. Wzdryga się. Przybliżam się zlizując krew z jego
podbródka. Widzę jego zmieszanie. Nie wie, czy błagać, czy poddać się temu.
Właśnie tak. Wyciągam inne ostrze. Niemo każę aby trzymał je w ustach, po czym
związuje je. Puszczam jego włosy. Palcami przesuwam po krwawiącej ranie po boku
i wkładam w nie palce. Krzyczy lecz chusta tłumi krzyk. Otwiera szeroko oczy.
Domyślił się. A może raczej poczuł po co ten nóż w jego ustach. Tak. Sprawię,
że będziesz się uśmiechał od ucha do ucha. Robię kolejne nacięcia. Tym razem
między każdym żebrem. Drży, płacze. Jest bezsilny wobec moich poczynań. Wie, że
śmierć nie nastanie tak szybko. Głaszczę go po skroni, patrząc głęboko w oczy.
Uśmiecham się szeroko, wydłubując mu po tym ręką lewo oko. Krzyczy głośno i
spina mięśnie. Nic to przecież nie da. Przyglądam się brązowemu oku w swoich
palcach. Spoglądam na niego. To okno, które mu zostało mówi, żebym w końcu go
zabił. Żebym zakończył to jak najszybciej. Uśmiecham się. On patrzy przerażony
jak biorę jego oko do ust i połykam. Chyba wzięło mu się na wymioty, bo jego
grdyka się poruszyła. Odkładam nożyk. Nie, to nie koniec. Paznokciami
przejeżdżam po jego ciele. Wzdryga się o odwraca wzrok. Boli, a zarazem
podnieca. Idę za niego. Biorę bicz. Z całej siły, nieprzerwanie uderzam nim w
jego plecy. Widzę jak z każdym uderzeniem robi się czerwony ślad, jak zaczynają
się robić rany. Jak strużki krwi spływając z całych pleców. Odrzucam bicz.
Moczę rękę w wodzie. Wyciągam sól i wkładam tam mokrą dłoń. Po tym przejeżdżam
nią po jego plecach. Znowu krzyczy. Myję dłoń i sięgam po świeczkę. Przykładam
ją do jego skóry. Powoli traci przytomność z tego bólu. Robię tak w kilku
miejscach. Ściągam mu chustę i zabieram nóż. Tak jak chciałem. Piękny uśmiech
od ucha do ucha. Biorę sztylet. Robię głębokie nacięcia na jego klatce
piersiowej. Wycinam mu trzy żebra, a on to czuje. Nadal przytomny. Pora pokazać
mu prawdziwy strach. Przybieram swoja naturalną formę. Widzę, jak się trzęsie i
marnie chce uciec. Tak. Patrz uważnie. Patrz na mnie. Uśmiecham się szeroko, a
on charczy w formie krzyku. Jednym ruchem wyrywam mu bijące serce. Widzi je.
Widzi jak je zgniatam, po czym kona. Śmieje się głośno. Śmieje się i wręcz
tańczę patrząc na swoje dzieło. Chowam serce do woreczka. Jego ciało tnę na
malutkie kawałeczki. Pakuję do worka i wychodzę. Worek wrzucam do rzeki. Zadowolony
wracam do siebie. Ta noc była przepiękna.
Te
kilka dni minęło bardzo szybko. Nic ciekawego się podczas nich nie stało. No
może odwiedził mnie narzeczony i Pan Zagadka nie odstępował mnie wtedy na krok.
Dzisiaj nadszedł dzień rozwiązania tej zagadki, a ja nie wiedziałam kim on
jest. Wczoraj przesiedziałam pół dnia czytając swoje notatki kilka razy ale
żadna odpowiedź mi nie pasowała. Wybrałam się z Nuną na spacer. Musiałam
odetchnąć i przemyśleć wszystko od początku. Próbowałam złożyć wszystko w jedną
całość ale czegoś i tak brakował. Jakieś myśli, rzeczy. Szłam tak spacerkiem
rozglądając się za jakąś wskazówką, czymś co pomoże mi w zrozumieniu tego
chaosu. Dotarłyśmy z Nuna na obrzeża miasta, a dokładniej na klasztor. Kilku
zakonników pracowało w polu. Jeden stał na drabinie i zrywał jabłka. Zszedł z
pełnym koszem. Nuna stwierdziła, że powinniśmy podejść, więc tak zrobiłyśmy.
-Szczęść
Boże.- Przywitałyśmy się z uśmiechem. Starszy zakonnik uśmiechnął się,
podchodząc bliżej.
-Dzień
dobry. Widzę panienki wybrały się na spacer. Nie dziwię się. Jest bardzo piękna
pogoda.- Przysunął do nas kosz z jabłkami abyśmy się poczęstowały. Ja
podziękowałam ale Nuna wzięła kilka.
-Mimo
tu tak sobie pospacerować. Cisza, spokój.- Można myśli pozbierać o pewnym Panie
Zagadce.
-Odpocząć
od ślubnych przygotowań.- Dodała Nuna, a ja miałam ochotę spiorunować ją
wzrokiem. Niech mi nie przypomina przykrej przyszłości.
-O!
To panienka za mąż będzie wychodzić. Nich Bóg błogosławi twojemu małżeństwu i
obyście byli szczęśliwy do końca swoich chwil.- Uśmiechnęłam się mimo wszystko.
Jednak czy chcę, czy nie chcę wyjdę za mąż, więc życzenia trzeba przyjmować.
-Dziękuje.-
Ukłoniłam się lekko z uśmiechem.
-O
nie! Znowu te kruki. Idźcie latać gdzie indziej!- Krzyknął w ich stronę lecz te
siedziały sobie na drewnianym płocie.
-Nie
lubi pan kruków?- Spytałam nieco zdziwiona.
-Przynoszą
nieszczęście, dlatego ich nie lubię.- Odpowiedział zakonnik, po czym westchnął.
-Przynoszą
nieszczęście?! Jak to?- Pierwszy raz to słyszę.
-Gołębica
jest symbolem Boga, dlatego miło się one nam kojarzą. A kruki niosą śmierć. Gdy
krążą one nad czyimś domem to oznacza, że niebawem przyjdzie śmierć i ktoś z
tego domostwa umrze. Kruki są złym znakiem. To symbole śmierci. Dlatego tak ich
nie lubię, gdyż zdaję sobie wtedy sprawę, że ktoś niebawem odejdzie z tego
świata.- Po jego słowach mnie oświeciło. Miałam ochotę skakać z radości lecz
się powstrzymałam. Podziękowałam tylko za wyjaśnienie i wróciłyśmy z Nuną do
domu.
Nie mogłam jednak iść od razu do Pana Zagadki, gdyż miałam spotkanie
rodzinne. Gdy się skończyło musiałam już iść spać ale nie zamierzałam tego
robić. Gdy Nuna wyszła odczekałam trochę, po czym założyłam płaszcz i wyszłam z
pokoju. Na palcach, po cichu poszłam do ogrodu. Rozejrzałam się i zauważyłam
go, jak siedzi na jednym z nagrobków. Podeszłam więc szybkim krokiem.
-Już
myślałem, że zapomniałaś o naszym zakładzie i stchórzyłaś. A tu proszę. Jednak
się zjawiłaś.- Uśmiechnął się tajemniczo. Odetchnęłam kilka razy, normując
oddech.
-I
tak byś mnie znalazł, więc na darmo bym miała uciekać.- Uśmiechnął się w
zadowoleniu.
-Więc
słucham cię. Znasz rozwiązanie zagadki? Kim jestem?- Patrzał na mnie uważnie
ale nie ugięłam się.
-Jesteś.......krukiem.-
Powiedziałam trochę niepewnie. Spojrzał na mnie niepewnie.
-Więc
sądzisz, że jestem.....ptakiem?!- Jego twarz wyrażała, jakby miał się zaraz
roześmiać.
-Nie
do końca. Po prostu.......Wiem, że musisz mieć coś wspólnego ze śmiercią. Jak
się pojawiłeś to zmarły 3 osoby albo 4, a jak się dowiedziałam to kruki symbolizują
śmierć. Ale ty nie jesteś śmiercią. To znaczy......- Sama pogubiłam się w
swoich wyjaśnieniach. Spojrzałam się na niego aby sprawdzić, czy może on
zrozumiał moją paplaninę.
-Mogę
uznać, że......jest remis.- Jak to powiedział to mnie zatkało. Remis?! Czyli w
jakimś sensie mam rację.
-Jestem
krukiem ale źle to sobie wyjaśniłaś. To prawda, że kruki są symbolami śmierci.
Ale to, że się pojawią nie znaczy, że ktoś tam umrze. Gdyby to była prawda to
ty albo twoi rodzice albo ktoś ze służby by zmarł, a tak się nie stało. Ja
jestem specjalnym krukiem. Jestem pomocnikiem śmierci i zbieram duszę. W
kościele byłem po duszę biskupa, a nie po to, żeby go zabić. Rozumiesz?-
Pokiwałam głową na tak.- Nie wszystkie kruki są takie jak ja. To Śmierć wybiera
swoich pomocników. A! No i jeszcze jedno. Daj mi rękę.- Zdziwiłam się na jego
prośbę ale wyciągnęłam dłoń w jego kierunku. Poczułam jak łapie mnie za
nadgarstek, a to, co zobaczyłam w blasku księżyca przyprawiło mnie omal o
zawał. Wyrwałam się z krzykiem.
-C-Co....Co
to było?!- Patrzałam to na swoją rękę to na niego.
-Co
było? Przecież ja nic nie zrobiłem.- Spojrzał na mnie zdziwiony.
-Wyciągnij
rękę.- Rozkazałam. Zrobił to. Była całkiem normalna. Przewidziało mi się.
Odwróciłam wzrok zażenowana.
-Mówiłem
ci, że nic nie zrobiłem. To co?! Uścisk dłoni na zgodę?- Westchnęłam i ponownie
wyciągnęłam rękę w jego stronę. Poczułam ucisk. Spojrzałam się na niego.
Dlaczego się tak uśmiecha? Spojrzałam na nasze dłonie. Nie wiedziałam co zrobić
po tym, co zauważyłam. Puściłam jego dłoń lecz nadal się jej przyglądałam. Jego
dłoń to były same kości. Bez skóry czy czegokolwiek. Patrzałam się na to
przerażona lecz doszła do mnie pewna myśl.
-Nie
ładnie jest się tak psocić. Wyciągnij tą kościstą dłoń i pokaż swoją
prawdziwą.- Prychnęłam na niego, a ten się zaśmiał.
-Czyli
nadal nie wierzysz. To pokażę ci coś, co cię przekona.- Wstał i rozpiął swoją
koszulę. Wyciągnął z niej rękę, po czym ustał w świetle księżyca. Usiadłam aż z
wrażenia. Widziałam jego rękę, ramię i żebra. Same kości. Nic więcej. On był
trupem.
-A-A-Ale
t-to.....j-jak to....- Nie mogłam skleić zdania.
-Krukiem
zostaje się, po śmierci. Najpierw się umiera. Ja nie jestem człowiekiem. Jestem
chodzącym trupem. Dlatego tamten lord się ta wystraszył. Ty tego nie widziałaś
ale on tak. Widział szkielet idący w jego stronę. Widział śmierć w moich
czarnych oczach. Plus to ja go ożywiłem. Po prostu oddałem mu duszę, którą
wcześniej zabrałem.- Usiadł i schował rękę, która stała się już normalna.- A
teraz wyjaśnię ci trochę moje podpowiedzi. „Pracuje” i w dzień i w nocy, gdyż
człowiek może umrzeć o każdej porze. Nie obchodzi mnie czas, gdyż nie żyję i
nikt nie jest w stanie mnie zabić. Ale jest on moim wyznacznikiem, gdyż o danej
godzinie muszę wziąć duszę. „Czasami czuję się jak piórko”, czyli jak ptak, a
jestem krukiem. Jestem kim jestem ale w pewnym sensie nie jestem straszny.
Normalnym jest, że człowiek umiera, a ja po prostu zabieram duszę.- Patrzałam
na niego w niedowierzaniu. Nie wiedziałam, że takie.....istoty istnieją. To było
wręcz niewiarygodne.- Jest remis, więc nikt nie otrzymuje swojej nagrody.-
Uśmiechnął się lekko. Nie wiedziałam do końca co tak naprawdę mam o nim myśleć.
-Dziękuje,
że mi to wyjaśniłeś. Miło było cię poznać.- Powiedziałam smutno, odwracając od
niego wzrok.
-He?!
O co ci chodzi? Coś tak zmarkotniała?- Podniósł moją głowę do góry. W oczach
miałam łzy.
-No
bo ty teraz sobie pójdziesz. A ja będę musiała wyjść za mąż i żyć nieszczęśliwa
z kimś kogo nie kocham. A teraz zrozumiałam, że jestem zakochana i to w nie tej
osobie co powinnam.- Łza spłynęła po moim policzku.- Kocham Cię. Nie wiem jak
to się stało ale to prawda. Ty jeden mnie rozumiesz i poświęciłeś swój czas.
Dziękuje ci za wszystko. Dobrze się bawiłam i nigdy tego nie zapomnę.-
Odwróciłam od niego wzrok. Moje serce wręcz krwawiło i krzyczało o pomstę do
nieba. Usłyszałam głośne westchnięcie.
-A
ty jak zwykle niczego nie rozumiesz i nie widzisz.- Spojrzałam się na niego ze
zdziwieniem. On przybliżył się do mnie, kładąc dłoń na moim policzku i złączając
nasze usta w delikatnym pocałunku. Rozszerzyłam oczy w szoku. Jak to? Co się
dzieje?
-Nie
rozumiem.- Wyszeptałam patrząc się na niego załzawionymi oczami. On uśmiechnął
się lekko i starł je.
-Myślisz,
że przychodziłbym tutaj tak nawet kilka razy dziennie, bo jakiś zakład?!
Mógłbym cię po prostu zabić albo wykorzystać ale tego nie zrobiłem. A wiesz
dlaczego? Bo również cię kocham. Może jestem trupem ale mam jednak uczucia.-
Patrzałam na niego zszokowana. On mnie kocha? Tak naprawdę?! Łzy samoistnie zaczęły
mi płynąć po policzkach. Rzuciłam mu się na szyję, płacząc w jego ramię. On
spokojnie głaskał mnie po plecach, lekko kołysząc. Po dłuższej chwili oderwałam
się od niego, wycierając ostatnie łzy rękawem.
-Muszę
wyglądać okropnie.- Wymamrotałam.
-No
może trochę.- Uderzyłam go w ramię, a on się zaśmiał.- Dla mnie zawsze będziesz
piękna.- Zaczerwieniłam się, odwracając lekko wzrok na co dostałam buziaka w
policzek.
-Ale
co teraz? Ja mam się żenić z Elwanem. Nie przedstawię przecież ciebie rodzicom,
bo nie żyjesz.- Rodzice by zemdleli na jego widok.
-O
to się nie martw. Mam plan jak wyrwać cię stąd. Mam nadzieję, że jesteś gotowa
ze mną uciec i zostawić to wszystko. Oraz będziesz musiała stać się taka jak ja
abyśmy mogli żyć razem.- Splótł nasze dłonie, patrząc na mnie przenikliwie.
Westchnęłam, zastanawiając się chwilę. Spojrzałam na niego z uśmiechem i
pocałowałam go krótko w usta na co się zdziwił.
-Z
tobą mogę iść wszędzie.- Uśmiechnęłam się szeroko. Byłam szczęśliwa. Pierwszy
raz tak bardzo od momentu, w którym się dowiedziałam, że mam wyjść za mąż. On
uśmiechnął się i pociągnął mnie w swoja stronę. Patrzeliśmy sobie chwilę w
oczy, po czym nasze usta złączyły się w namiętnym pocałunku. Wręcz kręciło mi
się w głowie i chciałam aby ta chwila trwała wiecznie.
-Nikomu
cię nie oddam.- Wyszeptał, gdy oderwaliśmy się od siebie.
-A
ja i tak już wręcz od pewnego czasu jestem twoja.- Uśmiechnęłam się, gładząc go
po policzku. Wtem coś sobie przypomniałam.- A jak masz na imię? Wiem, że
pierwsze P, a dalej?!- Uśmiechnął się i pocałował mnie krótko.
-Patrice.-
Pasuje mu. Takie piękne i tajemnicze.
-Patrice.-
Wypowiedziałam, a moje serce zabiło szybciej.
-Musisz
już iść. Choć. Odprowadzę cię.- Wstał i pociągnął mnie ze sobą. Złapał za rękę
i poprowadził do pokoju. Weszliśmy po cichu aby nikt nie usłyszał, że coś tu
się dzieje. Ściągnęłam płaszcz i położyłam się, przykrywając kołdrą. Patrice
usiadł obok i pochylił się aby mnie pocałować.
-Musisz
iść?- Zapytałam łapiąc jego dłoń.
-Teraz
to ci nie przeszkadza?!- Prychnęłam na co on się zaśmiał.- Mam do załatwienia
kilka spraw, więc muszę iść. Ale przyjdę jutro zaraz po twoich lekcjach. A
teraz śpij. Dobranoc Lili.- Powiedział cicho i pocałował w czoło, nosek i usta.
-Dobranoc Patrice.- Powiedziałam i wtuliłam się w mięciutka
poduszkę. Widziałam jak wychodzi na balkon i znika w ciemnościach nocy.
Uśmiechnęłam się jeszcze, po czym zasnęłam. Tak. To był najlepszy dzień w moim
życiu.
Kilka słówek~! ^.^
Ogółem to jest mój chyba ulubiony rozdział. xp Zamiast szczęśliwej 7, szczęśliwa 8. ^^
Chciałam napisać, że wasze komentarze naprawdę dają mi dużo weny, więc mam nadzieję, że nikt nie będzie się krył i napisze chociaż krótki komentarz. To bardzo cieszy i przynajmniej wiem, że ktoś to czyta. ^^
Pozdrawiam i życzę miłego dnia~! :*
#Kimie <3
Trochę przyspieszę informację. Już jutro jest ostatni rozdział "Spotkania". Ponieważ "Epilog" ma tylko 2 strony.
OdpowiedzUsuńMiło mi, że jesteś zaskoczona rozdziałem. Mery była smutną niespodzianką, tak samo jak historia Marco.
Pozdrawiam
LM
Rozdział jak zwykle miodzio xd
OdpowiedzUsuńSorki za brak komentarza (brak internetu ;_;) to wyznanie sprawiło że o mało co nie dostałam uwagi bo czytałam to na lekcji ... A wiesz jak dziewczyny potrafią piszczeć xd Ale ze mnie rebel xddd jedno słowo
KAWAII *O* °^° KOCHAM TO
Ale nie zapominajmy o yaoi >∆<
Duużo weny i komentarzy
~Julia N. Pseudonim YAOI
Cud, miód i pornoski xp Za dużo Ahomine, za dużo >p<
UsuńNauczyciele nigdy nie zrozumieją tego, że czasami nie można się powstrzymać od zapiszczenia podczas czytania -.- ;)
Kochasz to, kochasz Patrice, kochasz yaoi <3 <3 <3
I to mnie cieszy :D
Dziękuje za wenę i komentarz :*
Pozdrawiam ko-cha-ną Julcię~nyan~! :* #Kimie
P.S. Pseudonim "Szczeniak" ^^
Rozdział genialny,cudowny, piękny i wiele innych przymiotnikow *.*
OdpowiedzUsuńKocham ten rozdział!!! Oby więcej takich było
Lili i Patrice no para idealna <333
Kimie dużo weny i oczywiście chęci do pisania kolejnych wielo przymiotnikowych rozdziałów :**** ~ natalka ł.
Cieszę się, że się podoba :D
UsuńKolejne rozdziały będą coraz bardziej emocjonalne- w końcu miłość szaleć musi xp
Dziękuje ślicznie za wenę ^^
Pozdrawiam kochaną Natalkę~! :*
#Kimie <3
Hejeczka,
OdpowiedzUsuńwspaniały rozdział, no w końcu zgadła choć nie do końca to jednak nie wiele się pomyliła, ale że co? jaki ma plan Patrick no i czy się powiedzie i czy będą razem... trzymam kciuki....
Dużo weny życzę...
Pozdrawiam serdecznie Basia