piątek, 24 lipca 2015

"Na dobranoc"- Jason i Jonathan z Twin Blood

Dzień dobry~! ^^
Nie wiem jak się mówi, gdy jest 7 minut po północy. O.o
Nastał piątek, weekendu początek i oczywiście obiecanej miniaturki.
Więc można sobie przed snem poczytać albo zostawić do rana. :)
I nie myślcie, że tak czatowałam na ten dzień.
Kimie po prostu lubi siedzieć sobie do 2 w nocy i czytać/oglądać/grać.
Tak więc życzę miłego weekendu i do zobaczenia w poniedziałek~! :p
Good night and enjoy~! ^^

Ten dzień był dla bliźniaków naprawdę męczących. Wstali o 6 rano aby po 7 zjawić się w prywatnej szkole. Na pierwszej lekcji mieli sprawdzian z matematyki, a na trzeciej sprawdzian z łaciny. Ostatnią lekcją były w-fy, na której grali w koszykówkę. Po szkole wrócili do domu, po czym przebrani i najedzeni poszli do pałacyku, w którym mieszkali członkowie klanu. Po wypiciu krwi i rozmowie z Niko na temat jakieś dziwnej choroby poszli grupką do Kiyoshiego. Po drodze zwerbowali Louisa i jego małą grupkę elfów- w której był tylko jeden facet. Gdy już dotarli wszyscy byli gotowi. Ruszyli na polanę za górami, za którą po 20 minutach marszu odbyła się walka. Był to spór terytorialny z klanem wampirów. Bliźniacy dowiedzieli się o przekupstwie watahy wilków aby im pomogli, dlatego oni również zwerbowali Kiyoshiego i jego bandę oraz do pomocy Louisa. Walka była zażarta lecz wygrali, wychodząc tylko z kilkoma zadrapaniami. Po tym odbyła się mała impreza na uczczenie zwycięstwa. O 23 przypomniało im się, że mają do napisania referat na jutro. Tak więc bliźniacy musieli wrócić do domu. Kiyoshi również lecz on pociągnął za sobą Runiego, który miał mu pomóc. Znając ich to skopiują swoje prace, a potem oczarują historyczkę. Bliźniacy jednak musieli napisać pracę od zera, co zajęło im dwie godziny. Przekąsili coś szybko w ramach kolacji i poszli wziąć szybki prysznic. Jason wykapał się pierwszy, więc w samych bokserkach rzucił się na łóżko.
-Dość. Nie idę do szkoły. Na mnie czeka emerytura i szczęśliwe życie staruszka.- Wymamrotał lecz mimo to Joni go usłyszał i zaśmiał się za drzwiami od łazienki.
-Mamy nauczkę. Następnym razem zróbmy to od razu to będziemy mieć później spokój.- Wykrzyczał Joni.
-Mam pomysł. Zgadamy się z Runim, Louisem i Kiyoshim i gdy nauczycielka będzie chciała zadać nam jakiś referat to ją wspólnie oczarujemy.- Jason aż uśmiechnął się na swój pomysł, po czym wślizgnął się pod kołdrę, półleżąc w oczekiwaniu na brata.
-Lepiej nie. Bo będzie bujać w obłokach przez miesiąc jak nie dłużej.- Obaj zaśmiali się z tej perspektywy.- Jason?
-Tak?- Jason ziewnął głośno, trąc oczy.
-Możesz już iść spać. Ja za chwilę wyjdę.- Powiedział nieśmiało Joni. Coś było nie tak.
-Wychodź i to już. Jeśli teraz nie wyjdziesz to nie pozwolę ci ze mną spać.- Jason usłyszał jęk niezadowolenia ze strony brata, na co kącik jego ust uniósł się w górę.
-Tylko się nie śmiej.- Jasona trochę zdziwiły jego słowa ale postanowił poczekać aż wyjdzie i dowiedzieć się o co mu chodzi. Joni zgasił światło i niepewnie wszedł do pokoju. Na pierwszy rzut oka wyglądał normalnie. Tak samo jak swój brat, ubrany tylko w bokserki. Jednak to właśnie one przyciągnęły wzrok Jasona, który widząc to wybuchnął niekontrolowanym śmiechem.
-Ej~! Nie miałeś się śmiać.- Powiedział naburmuszony Joni.
-Prze.....Prze.....Przepraszam! Hahaha!- Jason aż kulił się pod wpływem śmiechu.
-To nie jest śmieszne!
-Jest! Hahaha!
-Wcale, że nie!
-A wcale, że tak!
-Nie!
-Tak!
-Nie!
-Tak!
-Idiota!
-Ale twój brat i to bliźniak.- Jason uśmiechnął się do brata, który stał na środku pokoju z naburmuszoną miną. Co wywołało u Jasona salwę śmiechu? Bokserki jego braciszka. Byłyby to zwykłe czarne bokserki z czerwoną gumką, gdyby nie napis „Bite me” („Ugryź mnie”).
-Normalne bokserki. Nie ma tu nic zabawnego.
-Jeśli tak uważasz to dokupię ci do nich koszulkę z takim samym napisem.- Jason zaśmiał się pod nosem na prychnięcie Joniego.
-Nieważne. Idziemy spać.- Joni szybkim krokiem dotarł na łóżko i zakopał się wręcz pod kołdrą. Jason jednak postanowił się trochę pobawić przed snem. Obrócił Joniego na plecy i przytrzymał jego ręce nad jego głową, po czym wgryzł się w jego szyję. Joni pisnął zaskoczony.
-Głupi~! Przestań!- Krzyknął Joni próbując wyrwać się z uścisku.
-Nie~. I powiedz mi mój drogi braciszku, czy tam też powinienem ugryźć?- Spojrzał się na jego bokserki.

-Ani mi się waż.- Po tym stoczyli niezłą bitwę, po której obaj byli pogryzieni. Joni jednak był tym przegranym, gdyż Jason ugryzł go blisko jego krocza. Następnego dnia Joni nie odzywał się do brata. Dopiero po lunchu zaczął z nim rozmawiać. Dlaczego? Bo właśnie wtedy Kiyoshi powiedział mu „Ciesz się, że to był Jason. Pomyśl jakby Runi to zrobił”. Joni na samą myśl się wzdrygnął i przykleił do brata na cały dzień. Przed snem Jason wynagrodził mu te ugryzienia w postaci gorącej czekolady z piankami. 

środa, 22 lipca 2015

Danse Macabre- rozdział 1

      Witam Serdecznie~! ^.^
Nadszedł ten dzień, w którym mogę przedstawić wam pierwszy rozdział nowego opowiadania.
Tak oto ja Kimi mam zaszczyt przedstawić nowe opowiadanie pt:
"Danse Macabre"
Jest ono pisane na bieżąco ale postaram się wstawiać często rozdziały. ;)
Mam nadzieję, że was zainteresuje i będziecie śledzić losy bohaterów.
Tak więc przypomnę tylko, że w piątek pojawi się miniaturka :3
Miłego czytania~! #Kimie

P.S. Zostawcie po sobie ślad w postaci komentarza, nawet króciutkiego. 
Autorka będzie bardzo wdzięczna ^^

Francja, rok 1510

Rok 1510, epoka renesansu. Czy to coś znaczy? Ależ oczywiście! Przecież za 500 lat ta epoka będzie uważana za jedną z najważniejszych w dziejach cywilizacji i kultury europejskiej. Zrodziło się wiele idei społecznych, religijnych i filozoficznych. Zostało to zapoczątkowane dzięki odkryciu nowego lądu- Ameryki. Ludzie przecież przez wieki nie wiedzieli, że za horyzontem jest coś jeszcze, że Ziemia nie ma ani początku ani końca. Dzięki odkryciom geograficzny poznaliśmy nieznane dotąd nam lądy oraz potwierdzono, że ziemia jest okrągła, a nie płaska. Poznaliśmy wiele nowych produktów takich jak ziemniaki, kukurydza, kawa, herbata, kakao, tytoń, cytrusy i egzotyczne przyprawy. Wynaleziono również druk, co zaciekawiło umysł człowieka. Oczywiście później nastała reformacja i poglądy religijne ludzi zaczęły się zmieniać. Najważniejszym światopoglądem renesansu jest to, iż człowiek jest w centrum zainteresowania. Nie Bóg, jak w średniowieczu, a człowiek. Człowiek zaczął się rozwijać, odkrywać świat i tworzyć. Cenił szczęście doczesne, dążył do wygody i przyjemności aby znaleźć się w ziemskim raju. Nie umartwiał się jak człowiek średniowiecza i odrzucał ascezę. Pragnął dostatku i powodzenia. Człowiek się „odrodził” i nie chciał stać w miejscu. Chciał przeć naprzód i poznawać coraz to nowsze rzeczy.

Mijają dni, miesiące, lata, a nawet wieki. Czy my się wiele zmieniliśmy? Poszukujemy czegoś czy ustaliśmy w miejscu? Ta ideologia zmienia się w naszych etapach życia. Na początku, gdy przyjdziemy na świat jesteśmy wszystkiego ciekawi. Uczymy się chodzić, mówić, pisać. Po tym doskonalimy nasze umiejętności. Idziemy do szkoły, poznajemy nowych ludzi i dowiadujemy się wielu nowych rzeczy- zarazem ciekawych i nudnych. Mijają nasze szkolne lata, a my stajemy się mądrzejsi i w pewnym stopniu dojrzalsi. W tym momencie wybieramy jedną z dwóch dróg. Pierwsza to studia, gdzie będziemy się uczyć i szkolić w danej profesji. Druga natomiast to praca, gdyż wolimy zarabiać zamiast poszerzać swoje wiadomości w jakimś zakresie. Gdy wybieramy pierwszą drogę to szkolimy się i planujemy przyszłość. Zaś w drugiej pracujemy i zarabiamy, mając dzięki temu codzienny rytuał. Co dalej? Po studiach szukamy pracy w naszym zawodzie, co niewielu się udaje. Niektórzy postanawiają zakładać swoje firmy licząc na łud szczęścia. U osoby pracującej nic zbytnio się nie zmienia. W obu jednak przypadkach następuje moment, w którym chcemy się ustatkować. Szukamy swojej drugiej połówki, bierzemy z nią ślub i planujemy wspólne życie. Drogi, które kiedyś zostały rozdzielone teraz się łączą. Pracujemy, zarabiamy pieniądze, płodzimy dzieci i żyjemy z dnia na dzień. Ta droga trwa bardzo długo. Co następuje później? Starość i emerytura. Nasze dzieci poszły własnymi ścieżkami, dając nam małe szczęście w postaci wnuków. My odpoczywamy, ciesząc się małymi rzeczami, których wcześniej na naszej drodze nie dostrzegliśmy. Jednakże sielanka nie trwa długo. Po kilku krokach wpadamy w dół odchodząc z tego świata. My jesteśmy na śmierć przygotowani w pewien sposób. Przecież to jest kolej rzeczy. Urodzić się, żyć i umrzeć. Jednakże co następuje po tym? Idziemy do miejsca zwanego niebem lub piekłem? A może nasza dusza zapomina wszystko, zostawiając tylko okruszki naszego poprzedniego życia i rodzimy się na nowo? A może przez lęk pozostajemy w pewnym sensie na ziemi wokół naszych bliskich? Jest to zagadka, która nurtuje wszystkich od stuleci. Nikt tak naprawdę nie wie, co jest dalej. Mamy tylko teorie, które powstały na przestrzeni wieków. Bo czy można uwierzyć człowiekowi, że widział łąkę usłaną kwiatami, który uważa to za niebo? Szybciej uwierzymy w UFO niż w niebiańską łąkę. Bo każdy z nas ma swój rozum i duszę, które kształtujemy przez lata. Tu czas odgrywa ważną rolę. My możemy być w centrum zainteresowania ale to czas decyduje o nas.

O czym będzie ta historia? O drodze życia? W pewnym sensie można tak powiedzieć. Jednakże tu to serce, rozum, dusza oraz czas odgrywają główne role. Przenieśmy się do Francji.......Widzimy piękne budowle, pałace, zamki, kościoły. Ludzie kupujący, spacerujący i rozmawiający na różne tematy. Damy w pięknych sukniach przejeżdżające w karocach przez miasto aby dostać się do swych loków. Wszystko klasyczne i piękne w swojej prostocie. Ubierzmy się niczym dama, wsiądźmy do karocy i pojedźmy do jednego z wielu pałacy. W pałacu należącym do rodziny de Marivaux (de mariwo) odbywa się dzisiaj bal. Wszyscy z wyższych sfer zostali zaproszeni. Wychodzimy z karocy, idziemy po schodach ku górze. Mijamy jońskie kolumny i wchodzimy do środka. Gra muzyka, stoły uginają się pod nadmiarem jedzenia, Damy uśmiechają się zadziornie do panów w tańcu. Wszyscy jedzą, piją, rozmawiają i śmieją się. Mogłoby się to wydawać całkiem normalne. Ot, zwykły bal aby spotkać się z osobami na swoim poziomie. Jednakże coś się dzieje. Gospodarze rozmawiają z pewną dziewczyną oraz mężczyzną. Najpierw są uśmiechy i uprzejmości. Po chwili jednak twarz dziewczyny markotnieje. Uśmiecha się sztucznie, po czym przeprasza i odchodzi od nich. Podążmy za nią. Kim w ogóle ona jest? Przecież to córka gospodarzy dzisiejszego wieczoru, Lilian de Marivaux. Szesnastoletnia dziewczyna o niebieskich oczach niczym niebo o poranku oraz włosach w kolorze pszenicy. Ubrana w piękną czerwoną suknię ze złotymi haftami, uwieńczona na szyi koronką. Włosy upięte w kok w który zostały wpięte białe pióra. Powoli wyminęła gości, kłaniając się poszczególnym osobą. Gdy tylko znalazła się na tarasie pobiegła wprost do ogrodu. Znaną już sobie ścieżką pobiegła do altany znajdującej się niedaleko. Często tam chodziła już od dzieciństwa. Po chwili oparła dłonie na balustradzie, dysząc lekko. Co się mogło stać, że tak szybko wybiegła? Otóż tuż przed chwilą rodzice powiadomili ją, że będzie brała ślub z Elwanem de Laclos (laklo). Był on synem możnego szlachcica. Widziała go może z trzy razy w życiu. No ale to rodzice decydowali za kogo wyjdzie ich dziecko...

Czułam gniew i zażenowanie. Jak oni mogli mi to zrobić? Wydać mnie za mężczyznę, którego w ogóle nie znam? Tylko dlatego, że jest bogaty?! To jakaś kpina! Ja nie chcę. Nie spieszno mi do ożenku. A jak już mam się żenić to z miłości, a nie z przyzwolenia. Jak już mam zostać żoną i matką to tylko z bratnią duszą. Dlaczego moi rodzice nie mogą tego zrozumieć? -Przetarła czoło, wzdychając ciężko. Oparła się o kolumnę patrząc w rozgwieżdżone niebo. Uśmiechnęła się delikatnie na widok takiego piękna. Rozejrzała się po okolicy i ponownie chciała zagłębić swe spojrzenie w gwiazdach, gdy coś, a raczej ktoś przykuł jej uwagę. Niedaleko znajdował się rodzinny cmentarz. Tam na jednym z nagrobków ktoś siedział.- Kto to? Mężczyzna czy kobiecina? A może jakieś stworzenie nieczyste?! A jeśli to jakiś złodziej? Mimo wszystko muszę to sprawdzić.- Zeszła powoli z altany i udała się w stronę nieznajomej osoby. Tylko światło księżyca oraz gwiazd rozświetlało sylwetkę nieznajomego. Będąc już trochę bliżej zauważyła, że dana osoba ma dość długie włosy. Nic innego nie mogła dostrzec. Ustała jakieś trzy metry od tej osoby aby nie narażać się na niebezpieczeństwo.
-Ktoś ty?- Spytałam niepewnie. Sądząc po włosach to jakaś kobiecina albo panna. Ale co by robiła w takim miejscu? Postać nie zareagowała, nie ruszając się nawet o centymetr. Trochę mnie to zirytowało ale nie chciałam się poddać.- Ktoś ty?!- Zapytałam tym razem głośniej. Postać jednak jak siedziała tak siedzi, jakby była posągiem. Zdenerwował mnie postawa tej osoby ale postanowiłam zapytać ponownie.- Ktoś ty?!!- Wręcz krzyknęłam, podchodząc trochę bliżej.
-Przerywasz mi idealną ciszę.- Aż wzdrygnęła się, gdy osoba się jednak odezwała. Głos był poważny, niezbyt głośny i niski. Był to jednak mężczyzna.
-Co tu robisz?- Spytałam trochę niepewnie. W końcu nie wiedziałam kto to tak naprawdę jest.
-A waćpanna musi wszystko wiedzieć?- Spytał ironicznym głosem. Oczywiście nie spodobało mi się jego podejście.
-To są moje ziemię, więc musisz mi powiedzieć kim jesteś i co tu robisz.- Oznajmiłam władczo. Jakiś chłop nie będzie mnie uciszał i poniżał w moim domu.
-Nic nie muszę. A ty przypadkiem nie powinnaś być teraz przy swoim narzeczonym?- Zaskoczył mnie. Przecież tylko ja, Elwan oraz moi rodzice wiedzieli o oświadczynach. No i jeszcze ojciec Elwana. Czyżby to był ktoś z gości i podsłuchał naszą rozmowę? Ale co gość robiłby na cmentarzu o tej porze?
-Nie życzę sobie aby się pan tak do mnie zwracał. Proszę natychmiast wyjść z mojego terenu i nie wracać. Jeśli nie to zawołam straż i pana  stąd wyniosą.- Zdenerwował mnie ten mężczyzna. Jak on mógł powiedzieć mi coś takiego?! Jestem córkom gospodarzy i nie pozwolę sobie na takie traktowanie. Postać nagle obróciła głowę w moją stronę, patrząc na mnie z obojętnością. Bardziej zaskoczył mnie jego wygląd niż ruch. W blasku księżyca miał wręcz mlecznobiałą cerę. Oczy były ciemne, przysłonięte kurtyną rzęs. Na twarz opadało kilka włosów w kolorze czerni. Ta osoba była wręcz piękna.
-Nie obchodzi mnie twój status. Przecież przed Bogiem wszyscy jesteśmy sobie równi.- Uśmiechnął się delikatnie po czym wstał. Byłam zahipnotyzowana jego urokiem, nie wiedząc co mając teraz zrobić. On jednak ukłonił się nisko i spojrzał na mnie.- Ktoś po ciebie przyszedł.- Po jego słowach szybko obróciłam głowę myśląc, że ujrzą Elwana albo rodziców. Ewentualnie którąś ze służek lecz nikogo nie było. Obróciłam głowę w stronę mężczyzny ale go już tam nie było. Kim on był? I co tu robił? Lekko zamyślona wróciłam do pałacu. Starałam się omijać rodziców tak samo jak przyszłego męża. Mogłam jednak szybciej się oddalić i udać się do swojej komnaty. Moja osobista służka pomogła mi się przebrać, po czym położyłam się w łóżku. Z mojej głowy nie mogło wyjść dzisiejsze spotkanie. Czy on był prawdziwy? Pochłonięta tymi myślami zasnęłam.

Od balu minęło kilka dni. Nie rozmawiałam z rodzicami na temat ślubu. Widzieli po nie, że mi się to nie podoba. Raz mama powiedziała mi, że to dla mojego dobra. Ja nic nie odpowiedziałam aby nie nakrzyczeć na nią. Miałam inne sprawy na głowie. A dokładniej tego nieznajomego. Codziennie wieczorem udawałam się do altany i wyczekiwałam go. Może było to z mojej strony niedorzeczne ale coś przyciągało mnie do niego. Często myślałam jak by wyglądał w blasku słońca. Czy równie pięknie co w nocy? Chciałam przekonać się jakiego koloru są jego oczy. Czy miał na sobie perukę, czy były to jego prawdziwe włosy? Jak ma na imię i co robił na cmentarzu tego wieczora? Zamyślałam się przez to, co trochę niepokoiło moich rodziców. Oczywiście nie powiedziałam nikomu o tamtym spotkaniu. Jeszcze zakazaliby mi wychodzić wieczorami do ogrodu. Siedząc na tarasie z filiżanką herbaty rozmyślałam, czy spotkam go ponownie.

Nastała niedziela. Wstałam wcześnie rano, ubrałam się w wytworny strój, po czym zeszłam na śniadanie. Zaraz po udaliśmy się do kościoła na mszę. Moja rodzina była bardzo katolicka. Ja wraz z Nuną usiadłam w jednej ławce, a przed nami moi rodzice. Odetchnęłam głęboko starając się nie myśleć o nieznajomym i skupić się na modlitwie. Msza rozpoczęła się. Wręcz machinalnie wykonywałam wszystkie czynności. Próbowałam słuchać kazania biskupa lecz wychodziło mi to z marnym skutkiem. Rozglądałam się chwilę po kościele i nagle moją uwagę przykuł mężczyzna. Pojawił się wręcz znikąd tuż po lewej stronie biskupa. Miał on na sobie długi czarny płaszcza jego głowę zakrywała jakaś chusta. Gdy na chwilę podniósł głowę o mało co nie krzyknęłam. To był on. Ten mężczyzna z balu. Szczerze nie spodziewałam się go tu spotkać. Plus dziwiło mnie, że nikt go nie widzi. Uważnie obserwowałam jego ruchy. Powoli zbliżał się do biskupa. Dopiero gdy był już blisko zauważyłam, że w ręce trzyma sztylet. Przeraziłam się. Czyżby on chciał zabić duchownego?! I nikt tego nie widzi?!! Nie wiem nawet kiedy zamknęłam oczy aby nie widzieć rozlewu krwi. Otworzyłam je dopiero wtedy, gdy usłyszałam kobiecy krzyk. Po nieznajomym nie było śladu, a biskup leżał na posadzce. Obok niego klęczało kilku mężczyzn. Ojciec kazał Nunie wyprowadzić mnie z kościoła. Ja jednak byłam ciekawa co się tak naprawdę stało. Mimo to posłusznie poszłam wraz ze służką do karocy. Dość długo siedziałyśmy i czekałyśmy na moich rodziców. Po jakimś czasie pojawili się i ruszyliśmy do domu.
-Co się stało?- Spytała nie mogąc wytrzymać jakieś dziwnie napiętej atmosfery. Mama westchnęła, a ojciec patrzył się chwilę na swoje buty.
-Biskup nie żyje.- Oznajmiła smutnym głosem moja rodzicielka.
-Czy ktoś go zabił?- Spytałam od razu. Nie dawało mi to spokoju.
-Ależ oczywiście, że nie. Był chorowity. Nie wiadomo na co. Dowiedzieliśmy się, że dzisiaj rano mimo złego stanu zdrowia postanowił poprowadzić mszę. Okazała się jego ostatnią.- Ojciec opowiadał o tym jak o czymś codziennym.
-Panie świeć nad jego duszą.- Matka przeżegnała się i ucałowała krzyżyk. Ja natomiast zatopiłam się w swoich myślach. Przecież nie przywidział mi się. Dokładnie go widziałam. Szedł w stronę biskupa ze sztyletem w dłoni. To jest bardzo dziwne.

Po kilku dniach odbył się pogrzeb biskupa. Siliłam się na smutek ale bardziej wychodziła mi obojętność. Nie był on przecież dla mnie nikim bliskim. Nie rozmawiałam z nim również często, wręcz nigdy. Po pogrzebie pan de Laclos zaprosił wszystkich do siebie. Ja wymigałam się mówiąc, iż nie najlepiej się czuje. Mama zrozumiała to mówiąc, że pewnie zbytnio przeżyłam śmierć duchownego. Więc ja wraz ze służką pojechałam do domu, a rodzice do ojca mojego narzeczonego. Brało mi się na wymioty, gdy tak o nim myślałam. Po dotarciu do domu przebrałam się i zjadłam obiad. Po tym snułam się po pałacu nie wiedząc co robić. Postanowiłam poszukać kotki mojej mamy, gdyż jak się okazało nie pokazywała się od wczoraj. Oczywiście uspokoiłam służbę aby nie martwili się na zapas. Mama pewnie dopiero jutro rano zawoła swoją kotkę Katie. Oczywiście postanowiłam poszukać w ogrodzie. Często kotka wylegiwała się na murku w słońcu albo siedziała w cieniu drzewa. Nie znalazłam jej jednak w jej ulubionych miejscach. Zaszłam jeszcze do altany, gdyż lubiła przychodzić tam ze mną i kłaść się na moich kolanach. Tam jednak również nie było śladu kotki. Już chciałam wrócić do pałacu, gdy usłyszałam miauknięcie. Zaczęłam się rozglądać w poszukiwaniu biało-szarej puchatej kulki. Omal co nie krzyknęłam widząc nieznajomego siedzącego na nagrobku. Z daleka ujrzałam, że ma na kolanach Katie. Szybkim krokiem popędziłam w jego stronę.
-Oddaj tego kota.- Powiedziałam groźnie nie siląc się na dobre maniery. Przecież on może chce porwać tego kota?
-I przyszła panna wielce opryskliwa. Nie można nawet pogłaskać kotka w spokoju i ciszy. Idź opłakiwać śmierć biskupa, a nie krzyczysz mi przy uchu.- Jak zwykle nie obrócił się do mnie, nadal głaskając kicię po grzbiecie. I jak zwykle niegrzeczny.
-Oddawaj tego kotka. Bo....- Zacięłam się. Co mogłabym mu zrobić? Nakrzyczeć na niego? Wezwać straż? Przecież on zabił biskupa to mógłby i zabić mnie.
-Bo co? Nakrzyczysz na mnie, po czym się rozpłaczesz i uciekniesz do swojej mamusi. Intrygujące.- Pogłaskał kotka ostatni raz po czym położył ją delikatnie na ziemi. Ta zaczęła się ocierać o jego nogi, domagając się więcej głaskania.
-Ja przynajmniej jestem człowiekiem, a nie jakimś potworem bez serca, który zabija ludzi!- Wykrzyczałam zanim ugryzłam się w język. Kotka najwyraźniej przestraszyła się, gdyż najeżyła się i uciekała do ogrodu. Ja natomiast zamarłam nie wiedząc co robić. Mężczyzna milczał chwilę, po czy wstał i podszedł do mnie. Zamarłam z zachwytu. Mogłam mu się przyjrzeć dokładnie, gdyż słońce dopiero powoli zachodziło. Miał bladą cerę niczym śnieg, oczy jak atrament otoczone kurtyną rzęs i lekko różowe usta. Twarz pociągła z pięknym zarysem szczęki. Czarne włosy lekko opadały na jego twarz. Ubrany w czarno złoty strój, otulony czarnym płaszczem z szarym futrem. On nie był przystojny, on był piękny. Jego oczy hipnotyzowały mnie, przyciągając do siebie.
-Skoro twierdzisz, że zabiłem biskupa to co ty tu jeszcze robisz? Przecież pod płaszczem mogę mieś sztylet i szybkim ruchem wbić ci go prosto w serce. Moim zdaniem jesteś głupią panną bogatych rodziców bujającą w obłokach.- Dopiero po jego słowach zdałam sobie sprawę, że ma rację. Przecież nie wiem kim on jest, a teraz nie ma nikogo przy mnie, kto by mnie obronił. Na samą myśl przeszły mnie ciarki.
-A-A m-m-może jestem po-po prostu od-od-odważna? I-I się ciebie nie b-boję?!- Nie boję się a trzęsę się jak osika. Plus zaczęłam się jąkać. Nieznajomy chwilę patrzał w moje oczy, po czym schylił się do mojego ucha. Oczekiwałam jakiś słów ale nic się nie stało. Odsunął się i ponownie na mnie spojrzał. Wręcz odetchnęłam z ulgą lecz nagle....
-A!!!- Krzyknął, a ja podskoczyłam i pisnęłam, przez co upadłam na ziemię. Sukienka zadarła mi się do góry, przez co nic przez chwilę nie widziałam. Słyszałam tylko jego śmiech, który przyprawiał mnie o ciarki. W miarę szybko wstałam z ziemi, otrzepując się z brudu. Spojrzałam na niego wściekła.
-Ty....- Wysyczałam mając na języku pełno bluzgów na temat jego wychowania i klasy.
-Wiesz co zastanawiam się co było lepsze: twoja mina, gdy cię wystraszyłem czy widok twojej bielizny?- Zapytał z chytrym uśmieszkiem, a na moje poliki wpadł rumieniec. Byłam na niego zła i zawstydzona.
-Powinni cię powiesić za podglądanie damy.- Popatrzyłam na niego hardo, nie chcąc się już zbić z tropu.
-Jakbym na oczy nie widział damskiej bielizny. Wiem, że to twoje pierwsze obcowanie z mężczyzną ale nie martw się. Nie podniecają mnie ropuchy.- Uśmiechnął się z wyższością patrząc na moją skołowaną minę. Nie znam go, nie znam jego imienia, a już go z całego serca nienawidzę.
-Jak śmiesz tak do mnie mówić?!! Jeśli chcesz wiedzieć to adoruje mnie wielu mężczyzn.- Uniosłam wysoko czoło chcą pokazać tym swoja wyższość nad nim.
-I oni wszyscy chcą abyś rozłożyła przed nimi grzecznie nóżki i spełniła ich wszystkie łóżkowe fantazje. Ale to romantyczne~!- Zaśmiał się pod nosem wyczekując mojej reakcji. Nie mogłam się powstrzymać i zarumieniłam się ale bardziej ze złości niż wstydu.
-To, że ty jesteś skończonym dupkiem nie znaczy, że inni mężczyźni również tacy są!- Wydarłam się na niego, prychając z pogardą.
-Oj, oj, oj~! Takie brzydkie słowa z ust szlacheckiej damy. Powinnaś się wstydzić młoda panno.- Zacmokał z niezadowolenia, a ja zakryłam usta dłonią. Dobrze, że nikt tego nie słyszał. Przez chwilę stałam przerażona ze wzrokiem wbitym w ziemię. Nagle usłyszałam ponownie jego śmiech. Stał i trzymał się za brzuch śmiejąc się głośno. Ten śmiech jest straszny. Ciarki przechodzą po plecach.
-Co ci się stało?- Spytałam zmieszana.
-Twoja twarz wyrażała takie przerażenie jakbyś straciła dziewictwo przed ślubem.- Parsknął jeszcze zasłaniając tym razem usta dłonią. Zmrużyłam oczy patrząc na niego groźnie. Nie będzie mnie pouczał.
-Kim ty jesteś, że mnie pouczasz?- Podeszłam do niego bliżej patrząc się hardo w jego oczy. Nie zaskoczy mnie, nie dam mu się. Patrzeliśmy sobie w oczy dość długą chwilę. Poczułam się przez to trochę nieswojo, gdyż jego wzrok wręcz parzył.
-Jestem kimś kto zna życie lepiej od ciebie.- Jego cichy wręcz pomruk sprawił ciarki na mym ciele. Z lekkim uśmiechem na ustach przyglądał mi się dokładnie.
-A jak się nazywasz?- Spytałam równie cicho, jakby ktoś nas podsłuchiwał. Albo jakbyśmy robili coś złego.
-To musisz zgadnąć sama. Mogę ci tylko podpowiedzieć, że jestem bardzo związany z nocą, a zarazem z dniem. Niedługo znowu cię odwiedzę i mam nadzieję, że odgadniesz tą zagadkę.- Mówił cicho powoli przysuwając się do mnie. Mój oddech przyspieszył, gdy jego usta znajdowały się blisko moich.- Dobrej nocy Lilian.- Poczułam coś mokrego na policzku. Dopiero po chwili do mnie doszło, że był to jego język. Polizał mnie od kącika ust do skroni, muskając ją swoimi wargami. Odsunął się ode mnie i bez słowa ominął. Ja stałam tak nie wiedząc co robić. Byłam w zbyt dużym szoku. Dopiero po dłuższym momencie się obróciłam ale go już nie było. Jakby rozpłynął się w powietrzu. Nadal zszokowana wróciłam do pałacu, a moje myśli krążyły gdzieś daleko stąd. Podczas kąpieli przypomniałam sobie o polizanym policzku. Chciałam zbyć ten ślad ale coś mnie powstrzymało. Nagle przestało być to dla mnie obrzydliwe. Nie mogłam zasnąć myśląc o jego zagadce. Związany z nocą, a zarazem z dniem. O pięknej urodzie. Ubierający się na czarno. Zabijający biskupów. Lubiący głaskać koty. Uwielbia cisze i spokój. Nieznośny. Niegrzeczny. Samolubny. Bezuczuciowy. Chamski. Niewdzięczny......No dobra. Lepiej powiedzieć niewychowany. Tajemniczy. Pociągający. Majestatyczny. Jakie imię posiada te wszystkie cechy? Jest to jednak ciężki orzech do zgryzienia. Miałam na szczęście czas do namysłu. Patrząc więc w księżyc i rozgwieżdżone niebo zapadłam w sen. A w śnie pojawiły się czarne oczy i jakiś dziwny błysk, a moim ciałem wstrząsnęły dreszcze.

Dzisiaj miałam lekcje gry na skrzypcach oraz lekcje tańca. Podczas gry na skrzypcach zdołałam się na nich skupić całkowicie. Może to dlatego, że tak bardzo je kocham? Jednak na lekcji tańca nie poszło mi zbyt dobrze. Myliłam kroki, nie wsłuchiwałam się w muzykę, zamyślałam się, gdy nauczyciel tłumaczył mi jakieś kroki. Na szczęście lekcje szybko się skończyły i mogłam zająć się swoimi osobistymi sprawami. Poszłam do biblioteki aby wyszukać coś w książkach na temat tego mężczyzny. Czułam, że nie jest on człowiekiem. Ale kim dokładnie?? Moją pierwszą lekturą była Biblia, gdyż tam jest mowa o szatanie z którym może mieć jakieś powiązanie. Robiłam sobie notatki, z których później zamierzałam złożyć coś w jedną całość. Po Biblii szukałam innych książek na temat szatana i tego typu stworów. Żeby rodzice się tym nie zainteresowali robiłam to codziennie po jakąś godzinę. Poza tym normalnie się uczyłam i chodziłam z nimi na salony. Raz oczywiście poszliśmy do mojego narzeczonego, co niezbyt mi się uśmiechało.  Na moje szczęście nie pozostaliśmy sami, więc nie zdarzyła się jakaś dziwna sytuacja. Przez dwa tygodnie czytałam i kalkulowałam swoje notatki. Miałam już swoje podejrzenia, które postanowiłam wyjawić, gdy tylko pojawi się pan w czerni. Nie znam jego imienia, a że chodzi na czarno to go tak nazwałam.

Tego dnia o nim nie myślałam. Snułam się po pałacu nie wiedząc co mam robić. Moje nogi poprowadziły mnie do ogrodu. Spacerowałam po nim spokojnie zatrzymując się co jakiś czas aby powąchać kwiaty. Po długim spacerze usiadłam w altanie, gdzie podano mi herbatę. Pijąc patrzyłam się w niebo i obłoki po nim płynące. Dopiero gdy poczułam chłód zorientowałam się, że pan w czerni leży na jednym z nagrobków. Przez myśl przeszło mi, że mogło mu się coś stać, więc szybkim krokiem do niego podeszłam. Bym jednak cały i spał sobie najnormalniej w świecie. Jego twarz była taka spokojna. Mogłam mu się jeszcze dokładniej przyjrzeć niż wcześniej. Jego twarz była bez skazy. Dłonie miał splecione na piersi. Na palcu wskazującym prawej ręki miał pierścionek. Srebrny z jakimś wzorem. Ukucnęłam i przybliżyłam się aby przyjrzeć się mu.
-Nie ładnie tak obserwować kogoś w trakcie snu.- Podskoczyłam i wstałam machinalnie patrząc na jego twarz. Otworzył powoli oczy, spoglądając na mnie.
-Jak śpisz to czemu mówisz?- Patrzałam się na niego z lekka wyższością. Jednak w moich oczach błyszczała ciekawość.
-Nie śpię od momentu w którym tu podeszłaś. I to, że człowiek ma zamknięte oczy nie znaczy, że śpi.- Usiadł i rozciągnął się, po czym usiadł wyżej.- Więc? Czy znasz rozwiązanie zagadki?
-Znam.- Uśmiechnęłam się na myśl o wygranej.
-Mów więc, co o mnie wiesz.- Uśmiechnął się lekko świdrując mnie wzrokiem. Ja natomiast wzięłam głęboki wdech i wydech.
-Jesteś duszą, która nie może zaznać spokoju. Coś stało się przed twoją śmiercią, przez co nie możesz iść do nieba. Potrzebujesz pomocy człowieka aby załatwił twoją sprawę, dzięki czemu zaznasz wiecznego spokoju.- Po moich słowach nastała cisza. Myślałam, że jest ona spowodowana szokiem, iż zgadłam kim jestem. Jednak po chwili on zaczął się głośno śmiać zginając się w pół.
-Już dawno się tak nie naśmiałem.- Starł łezkę z kącika oka.- Ty jednak nadajesz się tylko do rodzenia dzieci.- Pokręcił w niedowierzaniu głową.
-Nie zgadłam?!- Spytałam zszokowana.
-Ani trochę. Skąd ci to przyszło do głowy?! Nie jestem żadną obłąkaną duszą.- Mina mi zrzedła. Naprawdę myślałam, że jest obłąkana duszą. A jeśli nie jest nią to czym jest?
-To czym jesteś?- Powiedziałam już lekko zdenerwowana i wyczerpana zaistniałą sytuacją.
-Nie powiem. Musisz sama zgadnąć. I skoro raz dałem ci podpowiedź to dam i drugi. Jednak niedługo ci ją pokażę.- Widać bawiła go ta cała sytuacja. Ja się męczyłam i denerwowałam, a on się śmiał i prowokował do dalszego poszukiwania.
-Irytujesz mnie.- Prychnęłam na niego i odwróciłam wzrok od jego oczu. Przez to nie zauważyłam jak do mnie podszedł. Złapał mnie jedną ręką w tali przybliżając do siebie. Stykaliśmy się nosami patrząc sobie głęboko w oczy.
-Dam ci dodatkową skomplikowaną podpowiedź. „Nie obchodzi mnie czas lecz jest on moim wyznacznikiem”. Zastanów się dobrze nad moimi słowami.- Po plecach przeszedł mnie zimny dreszcz. Mimo to nadal byłam skupiona na jego oczach. Gdy zamrugałam już go nie było. Ponownie rozpłynął się w powietrzu. Jednak uczucie ciepła na policzku oraz zimna na plecach pozostało. Odetchnęłam kilka razy nim poszłam do pałacu. „Niepotrzebny czas, który jest wyznacznikiem”- te słowa krążyły po mojej głowie. Postanowiłam jednak poczekać na kolejną podpowiedź i dopiero wtedy wziąć się za interpretowanie tego.

Następnego dnia po śniadaniu przyszła do nas wiadomość, że hrabia Lorrain (lorę) nie żyję. Był już dość stary i chorowity, więc nie zaskoczyło mnie to zbytnio. Pogrzeb odbył się po trzech dniach. Staliśmy na rodzinnym cmentarzu rodu Lorrain.  Trzy metry przed nami stała trumna, przy której zebrała się najbliższa rodzina. Pan Lorrain miał być pochowany w krypcie, gdzie spoczywają jego rodzice, dziadkowie i pradziadkowie. Myślałam, że będzie to normalny pogrzeb. Kilka miłych słów o zmarłym, ostanie przegnanie, kondolencje. Myliłam się jednak w 100 procentach. Gdy ksiądz chciał posypać trumnę ziemią mówiąc „Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz” usłyszeliśmy pukanie. Zapadła niezręczna cisza podczas której każdy rozglądał się za źródłem dźwięku. Jak się okazało dochodziła ona z trumny. Osoby, które niosły trumnę niepewnie ją otworzyły i zerknęły do środka. Pan Lorrain żył. Patrzał na nich i mówił coś niewyraźnie. Dla każdego był to niezły szok. Pomogli mu wyjść z trumny. Pani Lorrain podeszła do męża przytulając go mocno, roniąc przy tym kilka łez. Pan Lorrain pogłaskał ją po włosach trzęsącą się dłonią. Musiał być to dla niego wielki szok, budząc się w trumnie. Uśmiechnęłam się lekko na taki zbieg wydarzeń lecz chłód szybko mi go zmył. Spojrzałam się lekko w lewo, a tam stał on. Opierał się o posąg anioła patrząc z uśmiechem na to wszystko. Nie był to jednak szczęśliwy uśmiech- bardziej taki, który sprowadza jakieś nieszczęście. Odsunął się od posągu i ustał za panią Lorrain. Nie wiedziałam co kombinuje, dlatego dokładnie przyglądałam się jego ruchom. On jednak stał i patrzał się na pana Lorrain. Ten po chwili odwrócił wzrok od swojej żony i zamarł, wpatrzony w niego. Zaczął kręcić głową na boki, odsuwając się do tyłu. Nikt nie wiedział co się dzieje. On zaczął iść w jego stronę z szalonym uśmiechem. Zamrugałam, a pan czerń przesunął się w bok tak, że widziałam jego plecy. Pan Lorrain obrócił się lekko w bok nadal idąc do tyłu. Kręcąc głową zaczął mówić cicho „Nie.....Nie, nie.” Nagle On przyspieszył, na co pan Lorrain się przestraszył. Krzyknął głośne „Nie!” i przewrócił się. Przeżyłby upadek, gdyby nie to, że nabił się na jakiś posąg. Metalowe coś przebiło jego serce. Pani Lorrain zemdlała, niektórzy krzyknęli z przerażenia, reszta odwracała wzrok od krwi. Ja zszokowana patrzałam na niego. Stał obok pana Lorrain i śmiał się. Po chwili zaprzestał i przejechał palcem po ranie z której leciała krew. Przybliżył palec do ust i patrząc mi prosto w oczy zlizał krew. Odwróciłam wzrok nie mogąc na to patrzeć. Chłód zniknął, więc razem z nim on. Wszyscy obecni zostali zaproszeni do pałacu, a rodzina została przy zmarłym. Jak się dowiedziałam wzięli pana Lorrain do jednej z komnat. Tam zszyli raną, ubrali w nowe ubrania i pochowali. Gdy pani Lorrain dołączyła do nas była cała roztrzęsiona. Nie dziwie jej się. Nie codziennie własny mąż umiera, po tym zmartwychwstaje i ponownie umiera ze strzałą w sercu. Ja również byłam roztrzęsiona ale bardziej tym co widziałam tylko ja. On cieszył się z jego śmierci, napawał się nią. I był straszny z uśmiechem szaleńca. Przez chwilę zastanawiałam się, czy chcę znowu go zobaczyć i dalej rozwiązywać zagadkę. Ciekawość poszła przodem, tak więc gdy tylko wróciłam do domu wpisałam kilka uwag do moich notatek.

Prze tydzień nie pokazał się ani razu. Codziennie po kilka razy spoglądałam na nagrobek, na który przesiaduje. Pojawił się późnym popołudniem siedząc wygodnie z jabłkiem w dłoni. Na szczęście rodzice gdzieś pojechali, więc nie musiałam się ich obawiać. Zeszłam powoli na cmentarz, uspakajając moje rozszalałe serce. Przed oczami pokazało mi się pan Lorrain z krwawiącym sercem. Gdy już doszłam do mordercy byłam spokojna.
-Witam szanowną panią, której uroda skąpana w zachodzącym słońcu jest nader normalna. Co cię do mnie sprowadza?- Kącik jego ust uniósł się ku górze, po czym ugryzł czerwone jabłko. Specjalnie wybrał takie aby przypominało mi krew.
-Przyszłam odgadnąć twoją zagadkę.- Patrzałam na niego z pogardą. Nie wiem jak po czymś takim mógł normalnie egzystować.
-Więc słucham cię. Kim jestem?- Ugryzł jabłko oblizując po tym swoje wargi. Zapatrzałam się na nie chwilę, po czym otrząsnęłam się i westchnęłam głośno.
-Jesteś albo wampirem albo zwykłym mordercą.- Na moje słowa prychnął i dalej zajadał się owocem.
-Przykro mi ale nadaj jesteś w błędzie. Już panna lekkich obyczajów szybciej by zgadła.- Tupnęłam nogą ze złości, prychając na niego.
-Przecież zabiłeś i smakowałeś ludzkiej krwi.- Podałam dwa argumenty, które popierały by moje przypuszczenia.
-Nie jesteś dobrym obserwatorem. Umyka ci to, co najważniejsze. No ale nie będę taki zły i dam ci kolejną podpowiedź. „Czasami czuję się lekki jak piórko”. Nie wiem czy ci coś ta podpowiedź pomoże, bo masz mózg wielkości orzeszka.- Zaśmiał się pod nosem, gryząc jabłko ponownie.
-Rozwiąże tą zagadkę, a wtedy ty będziesz musiał mnie ładnie przeprosić!- Wskazałam na niego palcem.
-Niech będzie. To może się założymy?- Spojrzał na mnie z uśmieszkiem na ustach.
-O co?- Może nie powinnam tego robić ale chęć upokorzenia go była silniejsza.
-Daję ci miesiąc na odgadnięcie mojej zagadki. Jeśli zgadniesz to upadnę na kolana i przeproszę cię, całując twoje stópki. Jeśli nie zgadniesz to przez godzinę będę mógł zrobić z tobą co tylko zechcę. Zgadzasz się na takie warunki?- Uśmiechnął się szeroko wstając i patrząc w moje oczy. Przerażała mnie wizja, co on by ze mną zrobił. Jednakże ta druga wizja była o wiele przyjemniejsza i warta tej ceny.
-Zgoda. Przyjmuję twoje wyzwanie. Szykuj się na upokorzenie.- Spojrzałam hardo w jego oczy.
-Już nie mogę doczekać się rozstrzygnięcia.- Wręcz wysyczał i podsunął pod moje usta jabłko. Było ono zielone i nie wiem skąd je miał. Pochyliłam się i ugryzłam kęs. Było soczyste i słodkie. Zabrałam je z jego dłoni, przypadkowo dotykając jego palców. Były chłodne, co było bardzo dziwne.
-Mam w sobie odwagę, biorąc od ciebie jabłko. Nie wiem przecie skąd je masz.- Nie odrywałam od niego wzroku. Może ukaże mi się jeszcze jakaś wskazówka?
-Ja bym bardziej powiedział, że głupia. Mogłem przecież nasączyć jabłko w jakieś truciźnie albo czymś podobnym.- Aż zaprzestałam na chwilę gryzienie jabłka. Szybko jednak powróciłam do konsumpcji.
-Nie zrobiłeś tego. Założyłeś się ze mną, więc abym odgadła zagadkę muszę żyć. Czyż nie?- Kącik moich ust poszedł w górę.
-Jednak potrafisz powiedzieć coś mądrego. Wsłuchaj się w moje wskazówki, a może pożyjesz dłużej niż miesiąc.- Wyszeptał te słowa zbliżając się do mnie. Zamarłam oczekując jego ruchu. On przybliżył się i zlizał sok z mojej brody, muskając na końcu mój policzek swoimi wargami.- Prawda nie jest taka bolesna jak nam się wydaje.- Wyszeptał, a po moim ciele przeszedł dreszcz. Zmrużyłam oczy, jakby rozkoszując się tą chwilą. Gdy je otworzyłam go już nie było, a na drugiej stronie jabłka było ugryzienie. Powinnam wyrzucić to jabłko ale zamiast tego ugryzłam je w pobliżu tego ugryzienia. Szybko zjadłam owoc, po czym udałam się do swojego pokoju. Musiałam porządnie przyjrzeć się swoim notatką aby odgadnąć zagadkę.

Następnego dnia po śniadaniu miałam lekcje z języka włoskiego. Siedziałam więc z moim nauczycielem w bibliotece i skrupulatnie pisałam nowe słowa. Nie chciało mi się zbytnio siedzieć i się uczyć, gdyż pogoda za oknem była przepiękna. Słońce przyjemnie świeciło, aż chciało się usiąść w altanie z filiżanką herbaty i owocami. Już miałam powrócić do pisania, gdy moją uwagę przykuł jeden szczegół. Pan Zagadka siedział w cieniu drzewa i chyba ucinał sobie drzemkę. Od razu po lekcji postanowiłam do niego iść. Zastanawiało mnie co on tu robił i dlaczego nie siedzi na nagrobku. Spokojnie poszłam do ogrodu oddychając świeżym powietrzem i powoli poszłam w jego kierunku. Przykucnęłam przy nim patrząc na jego spokojną twarz. Pochyliłam się i odgarnęłam kosmyk włosów z jego czoła za ucho. Nie odsunęłam dłoni, przejeżdżając palcami po jego policzku. Było gładkie i chłodne. Przejechałam palcami po lini szczeki dochodząc do ust. Teraz wydawały mi się bladsze niż przedtem. Skierowałam swój wzrok z tych ust na jego oczy, które patrzały na mnie spod przymrużonych powiek. Dziwny dreszcz przeszedł przez mój kręgosłup.
-Nieładnie jest tak kogoś dotykać podczas snu, nie sądzisz?- Uśmiechnął się lekko lecz nie odtrącił mojej dłoni. Sama zabrałam rękę z jego policzka aby nie wmawiał mi czegoś dziwnego.
-Co ty tu robisz?- Sama nie wiem jakim cudem ale byłam spokojna.
-Siedzę i ucinam sobie drzemkę. Nie widać?- Z jego wyrazu twarzy od razu było widać, że ma mnie za idiotkę pytając o takie rzeczy.
-To widzę. Ale dlaczego robisz to tu? Przecież miałeś pojawić się za miesiąc.- Tak była w końcu umowa. Nadal nie wiedziałam kim może być pan Mądraliński.
-I za miesiąc się pojawię aby poznać twoją odpowiedź na zagadkę. A to nie znaczy, że nie mogę tu przychodzić i przesiadywać. I tak nikt oprócz ciebie mnie nie widzi. Możesz nie zawracać mną ważną osobą swojej główki. Jednakże moja osoba może da ci do myślenia.- Uśmiechnął się chytrze, patrząc na mnie zadziornie. Patrzałam się chwilę na niego po czym westchnęłam głośno i przysiadłam obok niego.
-Czyli mogę na ciebie bezkarnie patrzeć, a ty mi tego nie zabronisz? Bo jeśli tak to może twoja wredna osobowość na coś mi się przyda.- Uśmiechnęłam się mimowolnie. No cóż, przynajmniej nie będzie tu tak nudno.- A może dasz mi jeszcze jedną podpowiedź?- Spojrzałam na niego kątem oka. On półleżał z zamkniętymi oczami i obojętnością na twarzy.
-Nie. I przestań gadać. Mam ochotę jeszcze się trochę zdrzemnąć w ten jakże piękny dzień, więc bądź łaskawa i zamknij swoje usteczka. I nie wierć się, bo zrobię jeszcze coś niestosownego.- Po jego słowach zapadła cisza, przerywana szumem drzew i śpiewem ptaków. Siedziałam tak i wpatrywałam w kwitnące kwiaty. Po jakieś chwili poczułam ciężar na ramieniu. To On oparł o nią swoją głowę. Będąc tak blisko poczułam zapach kwiatów. Zapamiętałam to i powróciłam do podziwiania przyrody. Ten miesiąc zapowiada się bardzo ciekawie.


niedziela, 19 lipca 2015

Twin Blood 2- rozdział 4

Witam Serdecznie~! ^.^
U mnie za oknem ciemno, leje i ciepło- uroki lata~. :p
Na poprawę humoru- i dla Juli N., która już o 3 w nocy się niecierpliwiła- wstawiam następny rozdział Twin Blood. :)
I MAM WAŻNĄ WIADOMOŚĆ!!!
Zapraszam w środę na bloga, gdyż pojawi się coś nowego. ^.^
A na weekend miniaturka. 
Miłego dnia życzy wam Kimi, z mokrą głową i słuchawkami w uszach. 
Enjoy~!

I takie małe pytanie:
Czy chcecie taki kącik pt: "Cała Kimi"? 
Będą tam linki do piosenek, filmików, opowiadań i tym podobnych rzeczy,
które mi akurat się podobają. Co sądzicie o tym?

Piszcie w komentarzach!!!!! :D

Obudziłam się rano wypoczęta. Pierwszy raz miałam taki wesoły powrót do domu. Buziaków nie było końca. Często z Jasonem zatrzymywaliśmy się aby skraść sobie nawzajem buziaka. Pod moim domem oczywiście przystaliśmy na dłużej. Szczerze nie chciało mi się wracać do domu. Nawet stwierdziła mojemu chłopakowi aby porwał mnie i uwięził w swoim pokoju. Nawet podpowiedziałam mu, że mógłby mnie zakuć do łóżka. On na moje słowa uśmiechną się i wpił się w moje usta. po pocałunku powiedział "Chętnie bym to zrobił ale nie chcę mieć przechlapane u przyszłego teścia". Zaśmiałam się na jego słowa i dałam mu całusa w nosek. Przytuliłam się do niego i zaczęłam składać pocałunki na jego szyi. Gdy byłam blisko jego ucha , wyszeptałam mu "Gdyby teścia nie było w domu to już od dawna bylibyśmy w moim pokoju". Zarumieniłam się siarczyście na swoje własne słowa. No co?! Brakuje mi pieszczoch. Jason na moje słowa ponownie mnie pocałował i powiedział „Nie kuś Skarbie, bo wejdę przez okno. A wtedy nie będę się powstrzymywał”. Nie wiem jak to możliwe ale po tych słowach moja twarz wręcz płonęła. Jason zaśmiał się na moją reakcję i przytulił mocno do siebie. Pocałowaliśmy się ostatni raz- bardzo długo trwał ten pocałunek- po czym ja weszłam do domu, a Jason poszedł do siebie. Ah~.........

Wracając do dzisiaj. Od rana byłam w świetnym humorze. Mojej mamie się chyba on udzielił, gdyż zrobiła naleśniki na śniadanie, co jest rzadkością, gdyż rano jest zazwyczaj niewyspana albo ma mało czasu. Po śniadaniu zadzwoniła Megi i umówiłyśmy się na pogaduchy. Ubrałam się, zabrałam kilka świeżo upieczonych babeczek i ruszyłam do Megumi.
-Cześć Mari.- Otworzyła mi wesolutka Megumi.
-Hej.- Weszłam do środka, ściągnęłam buty, przywitałam się z jej rodzicami po czym udaliśmy się do jej pokoju.
-Mari~!- Przywitała mnie wesoło Yuko, która rozsiadła się na kanapie.
-Cześć Yuko. Masz.- Wyjęłam z torebki babeczkę i podałam jej. Wzięła ją ode mnie z jeszcze większym uśmiechem. Zanim ją zaczęła jeść wstała i dała mi buziaka w policzek. Zaśmiałam się na jej zachowanie. Wszystkie usiadłyśmy na łóżku, bo tak było wygodniej. Na środku położyłyśmy tacę z babeczkami i małymi kanapeczkami. Napoje pozostały na półeczce obok.
-Widzę Megumi, że jesteś od wczoraj taka weselsza.- Powiedziałam z lekkim uśmiechem, przytulając się do poduszki.
-No bo wszystko jest w porządku. Kiyoshi wyszedł ze szpitala, a na dodatek odnaleźli się jego rodzice.- Stwierdziła z uśmiechem i wzięła sobie jedna kanapeczkę.
-W końcu zero kłopotów. Chłopacy wrócą do szkoły i znowu będziemy mogli się na spokojnie spotykać.- Stwierdziła Yuko, która leżała na brzuchu w nogach  łóżka.
-Właśnie! Chłopacy już wam coś o sobie opowiadali??- Zapytałam.
-Mi Joni opowiadał o restauracjach w jakich był. I obiecał, że raz mi coś przyrządzi~!- Aż rozmarzyła się na samą myśli Yuko
-Mi Kiyoshi musiał opowiedzieć o jednym przedstawieniu, na którym był. Musiał, bo było to światowe wystąpienie i byłam bardzo ciekawa jak było zagrane.- Megumi pewnie świeciły się oczy z zachwytu, gdy Kiyoshi jej o tym opowiadał.
-Megumii~! A wiesz, że jesteś taka dzisiaj bardziej rumiana niż zwykle. Czyżby coś się stało?- Spytała się Yuko, patrząc Megi prosto w oczy. Ona na jej słowa zarumieniła się.
-N-Nic a nic s-się nie s-stało.- Zaprzeczyła Megumi, odwracając od nas wzrok.
-Gdyby nic się nie stało to byś się tak nie rumieniła. No dalej! Mów!- Zachęcała ją podekscytowana Yuko.
-N-No w-więc....ja z Kiyoshim...Zrobiliśmy kilka małych kroczków na przód.- Powiedziała patrząc się nachalnie w poduszkę i bawiąc się jej rogiem.
-He?!- Yuko najwyraźniej nie zrozumiała, a ja już się domyślałam o co chodzi. Chciałam wiedzieć jednak co zrobili.
-No Kiyoshi.....całował mnie po szyi i brzuchu i błądził rękoma po mojej tali.- Powiedziawszy to spaliła buraka.
-Ajj~!!- Yuko aż usiadła z wrażenia.- Jak było?! Jak było?!!
-No więc....Było.....Przyjemnie.- Ostatnie słowo wręcz wyszeptała.
-Ale my chcemy ze szczegółami.- Stwierdziła z jękiem Yuko.
-Yuko ale tu nie ma czego opisywać. Po prostu się trochę popieścili i tyle.- Stwierdziłam spokojnie. Widziałam ulgę na twarzy Megumi. Yuko natomiast wpatrywała się we mnie uważnie.
-Mari.- Powiedziała po chwili.- A ty poszłaś o krok dalej z Jasonem?!- Spytała. Ja z wrażenia oplułam się piciem.
-No więc...- Podrapałam się po karku, odwracając wzrok. Kurde! Jeszcze nic nie powiedziałam, a już się wydałam.- No więc tak. Też już się trochę pieściliśmy. Coś tak jak Megumi z Kiyoshim.- Nie powiem im, że omal tego byśmy nie zrobili.
-A ty Yuko? Z Jonim?!- Spytała już w normalnym stanie Megi.
-Nie. Jeszcze nic. Ciekawe dlaczego?!- Zastanowiła się, przytykając palec do ust.
-Pewnie dlatego, że chodzicie po mieście zamiast posiedzieć sam na sam w pokoju.- Stwierdziłam z lekkim uśmiechem.
-No bo w mieście jest tyle fajnych rzeczy! Ale jeśli o to chodzi, żeby posiedzieć w pokoju to mam pomysł~!- Stwierdziła radośnie, biorąc babeczkę.
-Jaki?- Zaciekawiłam się.
-Po prostu raz kupię wcześniej słodycze i stwierdzę, że fajnie by było zjeść je w domowym zaciszu.- Nie powiem ale Yuko jednak jest sprytna.
-Ciekawe co robią chłopacy. Kiyoshi do mnie jeszcze nawet nie zadzwonił.- Stwierdziła Megi, patrząc na telefon.
-Do mnie też.- Stwierdziłam.
-I do mnie.- Powiedziała Yuko, gdy przełknęła kawałek babeczki.
-To może do nich zadzwonimy. Najpierw do Jasona. Włączę na głośno mówiący.- Pokiwałyśmy zgodnie głowami i już po chwili dzwoniłam do Jasona. Telefon położyłam obok tacki.
=Halo?- Odezwał się lekko śpiący głos.
-Część Skarbie.- Odezwałam się. Aż się uśmiechnęłam szerzej.
=Cześć Słońce. Co słychać?- Powiedział Jason wesoło.
-Hej~!- Krzyknęły równo Yuko z Megi.
=O~! Hej Yuko! Hejka Megi! To wy macie jakieś spotkanko?- Zapytał ze śmiechem.
-Babskie pogaduchy. A ty gdzie jesteś?- Aż się cieszę, że nie palnął czegoś głupiego.
=U Kiyoshiego.- Opowiedział.
-Tak wcześnie??!- Zdziwiłam się trochę.
=Po tym jak cię odprowadziłem to poszedłem do niego. Aktualnie leżę w łóżku, bo niedawno co się obudziłem.- Ciekawe o której poszli spać?!
-A co robi Joni?- Zapytała Yuko.
=Śpi wtulony we mnie. Jak chcesz mogę go obudzić.- Stwierdził.
-Nie, nie. Niech jeszcze sobie pośpi.- Powiedziała z uśmiechem.
-A Kiyoshi?- Zapytała Megi.
=Nie wiem. Zadzwoń do niego.- Zaśmiał się cicho Jason.
-Z czego się śmiejesz?- Zapytałam.
=Joni marszczy nos. Chyba mu się coś śni albo powoli zaczyna się budzić.- Stwierdził, ponownie się śmiejąc.
-Jak to musi słodko wyglądać~! Jason, zrób zdjęcie!- Krzyknęła uradowana Yuko.
=Już mam. Prześlę ci później.- Yuko ponownie zapiszczała.
-Dobra. Dzwonię do Kiyoshiego.- Stwierdziła Megumi oznajmiając nam tym, że mamy być przez chwilę cicho.
=Tu poczta głosowa. Proszę zostawić wiadomość po sygnale. Chociaż.....Nie. Tu nie poczta głosowa. Tu twój Wilczuś.- Powiedział zaspanym głosem Kiyoshi.
-Cześć Skarbie.- Stwierdziła wesoło Megumi.
-Cześć Kiyoshi!- Tym razem to ja z Yuko się wydarłyśmy.
=O mój Boże! Jeśli możecie to o pół tonu ciszej. A tak to część.- Chyba Kiyoshi ma kaca albo się jeszcze dobrze nie obudził.
=Siemanko!- Krzyknął z mojego telefonu Jason.
=Jason?! Ty jesteś z dziewczynami?- Spytał bardzo zdziwiony Kiyoshi.
=Nie. Jestem w sypialni obok i gadam przez telefon.- Stwierdził ze śmiechem.
=Aaa~! No chyba, że tak..- Zaśmiałyśmy się na jego rozumowanie. Nagle usłyszeliśmy jęk, dochodzący z telefonu Megumi.
-Co to było?- Zapytała od razu.
=Nic.- Stwierdził krótko Kiyoshi.
-Jak to nic! Słyszałam jakiś jęk. Czy ty mnie zdradzasz?- Uuu~! Robi się nie przyjemnie.
=No coś ty Skarbie!- Odpowiedział szybko Kiyoshi.
=Kiyoshi.- Odezwał się jakiś głos w słuchawce.
-Kto to?- Spytała Megumi. Kiyoshi dość długo nie odpowiadał.- Halo?!!- Megumi zaczynała się niecierpliwić.
=RUNE!!! Przestań się do mnie KLEIĆ!!!- Wydarł się Kiyoshi. Było go słychać w drugiej słuchawce. My jak i Jason zaczęliśmy się śmiać
-Cześć Rune!- Powiedziałam, gdy przestałam jako tako się śmiać.
=Cześć Mari, Yuko, Megumi i Jason!- Powiedział bardzo zaspanym głosem.
=Co się dzieje?- Usłyszałam głos Joniego ze swojego telefonu.
=Dzień dobry Śpioszku~!- Powiedział do niego Jason.
=Doberek~!- Bardziej wymamrotał niż powiedział Joni.
-Joni~!- Krzyknęła do telefonu Yuko.
=Dzień dobry Skarbie.- Ponownie wymamrotał.- Yuko?!- Spytał zdziwiony.
=Gadamy zbiorowo przez telefon.- Wytłumaczył mu Jason.
=A~! Właśnie...- Nastała chwila ciszy, przerywana chrząkaniem Joniego.- KIYOSHI! Nie drzyj się tak z rana!- Wydarł się Joni, przy akompaniamęcie śmiechu Jasona.
=Jest już 14 głąbie!- Odkrzyknął mu Kiyoshi.
=Zapomniałeś, że poszliśmy spać o 6 rano!!- Ja z dziewczynami nie mogliśmy przestać się śmiać z ich zachowania.
=8 godzin snu powinno ci wystarczyć!!- Odkrzyknął Kiyoshi.
=Kiyoshi, sam byś jeszcze spał, gdyby nie zadzwonił ci telefon.- Stwierdził śpiącym głosem Rune.
=A ty się ode mnie odklei.- Stwierdził lekko oburzony Kiyoshi.
=Nie. Jesteś cieplutki, dlatego się tulę.-Powiedział stanowczo Rune.
-Widzisz Megumi. To tylko Rune, więc nie musisz się bać.- Stwierdziła Yuko, z uśmieszkiem.
=No właśnie. Ja nic nie robię. To, że go macam nic nie znaczy.- Wręcz widziałam ten jego uśmieszek. Megi  aż otworzyła usta ze zdziwienia, a Yuko zaświeciły oczy z zachwytu.
=Runi. Przestań mnie macać i won po kawę.- Powiedział stanowczo Kiyoshi.
=Najpierw zmień się wilczka. Po tym pójdę po kawę.
=Jaki jest haczyk?- Spytał Kiyoshi.
=Taki, że jak się zamienisz to się trochę do ciebie poprzytulam.- Stwierdził wesoło Rune.
=I wtedy grzecznie pójdziesz po kawę?- Zapytał dla pewności Kiyoshi. Rune najwyraźniej pokiwał głową, bo nie usłyszeliśmy żadnej odpowiedzi.- No dobra. Trzymaj telefon.- Nastała chwila ciszy.
=Mmm~! Milusio~!- Stwierdził rozmarzonym głosem Rune.
=Joni. Musimy wstawać.- Usłyszeliśmy spokojny głos Jasona.
=Ne ce (Nie chcę).- Powiedział jak dziecko Joni.
=Nie ma , że nie. Musimy.- Powiedział stanowczo Jason.
-Coś się stało?- Zapytałam.
=Musimy iść się napić ale Joni ma lenia i nie chce się ruszyć z łóżka.- Dopiero po chwili załapałam, że chodzi im o krew.
=Nie mam lenia. Po prostu tu jest tak cieplutko~!- Wręcz widziałam, jak Joni tuli się do Jasona.
=To zróbmy tak. Ty tu zostań, a ja pójdę się napić i ci przyniosę.- Zaproponował mu Jason.
=No dobra. Tylko wracaj szybko!- Krzyknął najwyraźniej za nim.- Yuko~!!- Prawie wyjęczał Joni.
-Słucham cię~!- Powiedziała z uśmiechem.
=Dlaczego cię tu ze mną teraz nie ma??- Zapytał z żalem w głosie.
-Jakbyś zadzwonił wcześniej to bym teraz tam z tobą była.- Stwierdziła ze śmiechem Yuko.
=Bym cię zaciągnął do łóżka i szybko z niego nie wypuścił.- Stwierdził rozmarzonym głosem Joni.
-Joni~!!- Krzyknęła Yuko.
=Co?!- Zapytał zdziwiony.
-Baka.- Odpowiedziała mocno zarumieniona Yuko.
=Kocham Cię Skarbie~!- Powiedział rozbawiony.
-Ja ciebie też.- Odpowiedziała cicho z naburmuszoną miną Yuko.
=Dobra Rune. Teraz won po kawę!- Usłyszeliśmy z telefonu stanowczy głos Kiyoshiego.
=Do dobra, dobra.- Zamarudził Rune i najwidoczniej poszedł po kawusię.
=Umrę tutaj zanim on przyniesie mi tą kawę.- Stwierdził znużonym głosem Kiyoshi.
-I zostawisz mnie samą?!- Spytała ze smutkiem Megi.
=Dobra. Nie umrę. Moja miłość do ciebie trzyma mnie przy życiu.- Powiedział wręcz poetycko. Megumi natomiast spaliła dużego buraka. Yuko zrobiła jej zdjęcie i szybko wysłała Kiyoshiemu.
-Dotarło zdjęcie?- Spytała się Yuko.
-Co?!- Spytała zszokowana i nadal zarumieniona Megi.
=Chwila.......Jest. Prześlicznie wyszłaś Skarbie.- Stwierdził wesoło Kiyoshi.
-Usuń je!- Krzyknęła wręcz rozpaczliwie Megumi.
=Usunąć? Nigdy w życiu! Już mam je ustawione na tapetę.- Powiedział stanowczo.
-Głupek.- Powiedziała obrażona Megumi z lekkim uśmiechem.
=Już jestem.- Usłyszałam cichy głos Jasona.
=Szybo chodź do wyrka, bo zamarzam~!- Jęknął niezadowolony Joni. Stwierdzam, iż jego wypowiedź jest bardzo dwuznaczna.
=Już, już.- Zaśmiał się Jason. Nastąpiła chwila ciszy, zakłócana cichym mruczeniem, prawdopodobnie Joniego.
-Już??!- Zapytałam zniecierpliwiona.
=Już~!- Powiedział radośnie Joni.
=Leniuch.- Zaśmiał się na zachowanie brata Jason.
-Joni~!- Jęknęła Yuko ale nie otrzymała odpowiedzi.
=Joni właśnie zasnął.- Stwierdził przyciszonym głosem Jason.
-Tak szybo~?- Zdziwiła się Yuko.
=Najadł się, jest mu wygodnie i ciepło. A, że jeszcze zmęczony to poszedł dalej spać.- Wyjaśnił.
=Wróciłem Kochanie~!- Usłyszeliśmy w drugim telefonie głos Runiego. Zaśmiałam się na to, a Yuko ponownie zaświeciły oczy. Aż strach o czym ona myśli.
=Kawusia~!- Powiedział radosnym głosem Kiyoshi-Mmmm......Rune, możesz się do mnie wprowadzić pod warunkiem, że będziesz codziennie rano robił mi taką kawusię.- Stwierdził.
=No dobra. Ale za to ty robisz mi za poduszkę i kołdrę w jednym.- Powiedział Rune.
-Awww~!- Zapiszczała cicho Yuko. Najwyraźniej wyobraziła sobie taką sytuację, tylko ja trochę podkolorowała.
=To wy tam sobie jeszcze gadajcie, a ja idę spać. Również się jeszcze nie wyspałem.- Stwierdził sennym głosem Jason.
=Dobranoc!- Krzyknęli chłopaki.
-Dobranoc.- Powiedziała Yuko i Megumi.
-Dobranoc Skarbie.- Powiedziałam i „wysłałam” mu całusa.
=Dzięki. Do zobaczenia później.- I się rozłączył.
-A wy chłopaki?- Spytałam się Kiyoshiego i Runiego.
=Ja chyba sobie jeszcze poleżę- Stwierdził Kiyoshi.
=A ja bym coś porobił. Chociaż jeszcze się do końca nie obudziłem, więc również pozostanę w łóżku.- Odpowiedział Rune.
-Więc do później.- Stwierdziłam z uśmiechem.
-Do zobaczenia~!- Krzyknęła Yuko.
-Miłego leżakowania.- Powiedziała Megi z uśmieszkiem.
=Narka.- Stwierdził szybko Kiyoshi.
=Papatki.- Pożegnał się wesoło Rune. Już miałyśmy się rozłączyć lecz usłyszałyśmy coś intrygującego.- I kto tu mnie teraz maca?! Ej! Kiyoshi no~!! Nie tutaj!- Powiedział niezadowolony Rune.
=A tutaj??- Spytał namiętnie Kiyoshi.
=Ach!- Jęknął Rune.- Tak~! Aach~! Nie przestawaj~!- Jęczał Runi.
=Mhm.- Mruknął Kiyoshi.
=Czekaj...Ach~! Muszę rozłączyć....A~! Mocniej~!- Po tym jęku rozłączyli się. My za to siedziałyśmy i wpatrywałyśmy z szokiem w telefon. No może prócz Yuko, której zaparło dech w piersi ze szczęścia.
-Co....to.....było?- Spytałam po chwili.
-Sama nie wiem.- Odpowiedziała nadal zszokowana Megumi.
-Iii~! To było taki.....Awww~!! Megumi. Dzwoń do nich. Ja musze wiedzieć co oni tam robią. Jeśli tego nie zrobisz to wręcz biegnę do Kiyoshiego.- Powiedziała stanowczo rozradowana Yuko. Na szczęście nie dzwoniłyśmy i zdołałyśmy przekonać Yuko do pozostania z nami. Mimo to nadal się zastanawiam, czy to co słyszałyśmy jest prawdą.


                      Tymczasem w domu Kiyoshiego.....
Kiyoshi wraz z Runim turlali się po łóżku, nie mogąc opanować się ze śmiechu. Oczywistym było, że tylko udawali. Tak naprawdę leżeli na łóżku obok siebie. Jason jeszcze nie spał i usłyszał ich scenkę. Sam nie mógł powstrzymać śmiechu. Wręcz widział zszokowane miny Mari i Megumi oraz rozanieloną minę Yuko.
-Ciekawe jak się z tego wytłumaczymy?!- Zapytał się Runi, gdy przestał się w końcu śmiać.
-Coś się wymyśli. A teraz nie wiem jak ty ale ja idę spać. Jednak 8 godzin snu to dla mnie stanowczo za mało.- Stwierdził Kiyoshi i wygodniej ułożył się na łóżku.
-Trzeba się wyspać, bo jutro szkoła.- Rune wtulił się w tors Kiyoshiego jak w maskotkę.
-Gdybym nie uważał cię za brata i przyjaciela już dawno leżałbyś na podłodze.- Stwierdził z lekkim uśmieszkiem Kiyoshi.

-To się cieszę.- Bardziej wymruczał niż powiedział Rune. Szybko udali się do krainy Morfeusza.