poniedziałek, 27 lipca 2015

Twin Blood 2- rozdział 5

Ohayo~! ^^
Stęskniliście się przez weekend? 
Zdarzyło się wam coś ciekawego? o.O
Ja  byłam na urodzinach,a w niedzielę cieszyłam mordkę do telewizora.
Nie ma to jak Drarry~! ^^
Co do rozdziałów to eeee.......Szczerze sama nie wiem. @.@
Pewnie na koniec tygodnia pojawi się miniaturka, a jak dalej to napiszę później. :)
Teraz usiądźcie wygodnie, przyszykujcie chusteczki i czytajcie.
Enjoy~! *.* #Kimie

No i nastał nieszczęsny poniedziałek. Z dziewczynami czekałam już na placu szkoły na chłopaków. A to wszystko wina Yuko. Zadzwoniła do mnie o 5:30 abym była o 6:20 na przystanku autobusowym. Na początku myślałam, że się coś stało, więc czym prędzej tam poszłam. Na miejscu spotkałam Megumi, do której również Yuko zatelefonowała. Po chwili przyszła Yuko i kazała nam się pospieszyć. Biegłyśmy z jakąś chwilę, aż znalazłyśmy się pod piekarnią. Okazało się, że Yuko chciała kupić jakieś bułeczki, które wysprzedają się w pół godziny. W taki więc oto sposób jestem w szkole od 7 rano z jeszcze ciepłymi bułeczkami w torbie i czekam na swojego chłopaka i resztę. Pierwszy zjawił się Shunsuke, który po krótkim przywitaniu pobiegł do trenera. Krótko po nim przyszli bliźniacy.
-Hejka.- Powiedział wesoło Jason. Podszedł do mnie i dał mi buziaka.- Cześć Skarbie.- Uśmiechnął się szeroko.
-Hejo.- Zaśmiałam się i przytuliłam do niego. Jak ja lubię się do niego tulić. Jason w odpowiedzi objął mnie w pasie.
-Joni~!- Krzyknęła uradowana Yuko i rzuciła się swojemu facetowi na szyję.
-Yuko~!- Joni przytulił mocno Yuko, całując ją w czółko.
-Zachowujecie się, jakbyście się nie widzieli przez miesiąc.- Stwierdziła Megi, co wywołało u nas cichy śmiech. Tuż po tym pojawili się Kiyoshi i Rune. Rune zarzucił rękę na ramiona Kiyoshiego. O czymś najwyraźniej dyskutowali. Zauważyłam jak niektóre dziewczyny uśmiechają się na ich widok.
-Me-gu-mi.- Zasylabował Kiyoshi i przytulił się do niej. Rune natomiast zamiast się odsunąć to przytulił się do pleców Megumi. Muszę przyznać, że trochę zabawnie to wyglądało. Po chwili obaj się od niej odkleili.
-Kiyoshi, a co się u was wczoraj działo?- Spytała Yuko z lekkim uśmieszkiem.
-Nic. A co miałoby się dziać. Spaliśmy wręcz cały dzień.- Powiedział oczywistą oczywistość, jakby nie przypominał sobie co robił po naszej telefonicznej rozmowie.
-To dlaczego Rune jęczał po naszej rozmowie?- Stwierdziła już bardziej podekscytowana Yuko.
-Bo robiłem mu masaż.- Po tych słowach bliźniacy zaczęli się śmiać pod nosem.
-To prawda. Byłem bardzo zesztywniały.- Odetchnął jakby z ulgą Rune, na co chłopaki zaczęli się już jawnie śmiać. Ja również zaczęłam się cicho śmiać. No bo w ich słowach jest jawny podtekst. Yuko natomiast zrobiła niezadowoloną minkę. Najwyraźniej wyobrażało sobie coś całkiem innego.
-Właśnie.- Powiedział Jason, gdy przestał się śmiać.- Dowlokłeś się do willi?- Spytał się Runiego.
-No co ty?! Runi musiał u mnie zostać. Kto by mi kawę rano zrobił?!- Odpowiedział za Runiego Kiyoshi.
-Kiyoshi ty to masz za dobrze. Ja ci rano robię kawę, a Emi śniadanie. A jak Megumi się do ciebie wprowadzi to będziesz miał full wypas. Sex z rana jak śmietana.- Po tych słowach bliźniacy, ja, Yuko i Kiyoshi zaczęliśmy się śmiać. Megumi natomiast zrobiła się czerwona niczym dorodny pomidor.
-Rune!!- Krzyknęła zażenowana i zawstydzona.
-Rune wiec, że jeśli Megumi się do mnie wprowadzi to ty mi potrzebny nie będziesz.- Powiedział Kiyoshi nadal cicho się śmiejąc.
Megumi natomiast fuknęła obrażona i cała czerwona na twarzy.- Oj Megi. Nie obrażaj się.- Powiedział Kiyoshi, przytulając się do jej pleców.- Runi, gdy ma dobry humor mówi co mu ślina na język przyniesie. I....- Kiyoshi powiedział coś Megumi na ucho na co ona zrobiła się jeszcze bardziej czerwona, o ile to możliwe. Obróciła się i przytuliła do jego torsu, chowając twarz. Obróciłam się i moim oczom ukazał się Louis.
-Cześć Lou.- Pomachałam do niego z uśmiechem.
-Louis.- Powiedział z uśmieszkiem Rune na co reszta chłopaków się uśmiechnęła.
-Zgińcie. Przepadnijcie.- Powiedział Lou, przechodząc obok nas, na co oczywiście chłopacy zaczęli się śmiać.
-Co wy mu zrobiliście?- Spytałam, patrząc się podejrzliwie na chłopaków, a zwłaszcza na Runiego.
-Impreza była bardzo fajna.- Stwierdził tylko Rune i skierowaliśmy się do budynku szkoły. Nagle coś mi się przypomniało.
-Jason.- Pociągnęłam mojego chłopaka za ramię.
-Tak Skarbie?!- Obrócił się do mnie z lekkim uśmiechem.
-A co z Shunem? Bo wiesz on nie wie kim tak naprawdę jesteście. A ja nie chcę przed nim tego ukrywać, bo jest to mój przyjaciel.- Mówiąc to patrzeliśmy sobie w oczy.
-To nie problem mu powiedzieć. Powiemy reszcie o tym i zgadamy się kiedy mu to wyjawimy. A teraz nie rób już takiej smutnej minki, bo Rune walnie jeszcze jakiś komentarz.- Stwierdził z uśmiechem Jason.
-No wiesz co Jason. Żeby doprowadzać swoją dziewczynę do takiego smutku. Coś się w nocy nie postarałeś aby ją zadowolić.- Skomentował Rune, widząc moją minę. Mi na jego słowa opadła szczęka, a reszta zaczęła się śmiać. Muszę stwierdzić jedno- Rune z dobrym humorem to straszny Rune. Aż się boję co będzie dalej.

W końcu duża przerwa. Mam dość fizyki na wieki. Po co się tego uczyć??! Jak to zwykle bywa przesiadujemy na dachu szkoły. Oczywiście Shunsuke znowu musiał pobiec do trenera. Rune poradził mu, że gdy skoczy z dachu to będzie szybciej. Shun na te słowa uśmiechnął się szeroko i oznajmił, że jednak pójdzie schodami.
-Wyjdziemy gdzieś dzisiaj?- Zapytała Yuko, jedząc podwieczorek w postaci ciasteczka.
-Ja nie mogę.- Powiedział Kiyoshi, który był karmiony przez Megumi.
-Dlaczego?- Spytała zdziwiona Megi, patrząc na swojego chłopaka.
-Zapomniałaś? Idę się dzisiaj spotkać z rodzinką.- Powiedział spokojnie.
-Pewnie dopiero rano cię wypuszczą.- Stwierdził ze śmiechem Louis.
-Tego jestem pewny na 100 procent. Nie odpuszczą sobie imprezki.- Stwierdził Kiyoshi, biorąc po tym jedzenie od Megi.
-To u was rodzinne.- Powiedział wesolutki Runi, który siedział na skraju dachu. Dopiero teraz zauważyłam jaki jest chudy. Ale nie w takim złym znaczeniu.
-Właśnie. Co zrobiliście Louisowi, że rano miał ochotę was zabić??- Na moje słowa chłopacy zaczęli się śmiać. Tylko Louisowi zrzedła mina.
-Wiesz Mari. Lou nie jest tak odporny na alkohol jak my.- Stwierdził jakby z dumą Rune.
-Czyli??- Nadal nie wiedziałam o co mu chodzi.
-Czyli Louis miał takiego kaca, że ledwo co chodził i przeklinał przy tym na prawo i lewo.- Na słowa Runiego chłopacy znowu zaczęli się śmiać, a Louis kręcił głową.
-Nigdy więcej z wami nie piję.- Stwierdził stanowczo Lou, wracając do spożywania swojego drugiego śniadania.
-Zawsze tak mówisz, a mimo to nadal z nami pijesz.- Stwierdził nadal się śmiejąc Kiyoshi. Louis na jego słowa tylko prychnął i dalej jadł śniadanie.
-Właśnie! Jason rozmawiałeś już z chłopakami?- Spytałam się go, jedząc serek.
-Tak, tak. Zrobimy to jutro, jeśli nie masz nic przeciwko.- Ja tylko pokiwałam przecząco głową i wtuliłam się w niego. Reszta przerwy minęła nam spokojnie. Po lekcjach życzyliśmy Kiyoshiemu szczęścia, a sami udaliśmy się na lody. Oczywiście nie obeszło się bez komentarzy ze strony Runiego typu „Bardzo subtelnie jesz tego loda Mari”, czy „Więc tak bardzo lubicie lody śmietankowe”. Przez te jego komentarze byłam czerwona niczym burak i nie mogłam spojrzeć się na Jasona. Raz to zrobiłam i pożałowałam tego, gdyż patrzał na mnie pożądliwym wzrokiem.


Na spokojnie wróciłem do domu. Oczywiście od razu zostałem przywitany przez moją córeczkę. Skierowałem się do siebie. Wziąłem prysznic, a po tym stałem jakieś 20 minut zastanawiając się, co ubrać. Zdecydowałem się na czarne jeansy, białą koszulę na krótki rękaw i granatową marynarkę. Popsikałem się trochę perfumem, przeczesałem włosy i wyszedłem.
-No, no, no. Nasz Tatuś chyba idzie na podryw.- Stwierdziła Chiyo z szerokim uśmiechem.
-Tatuś idzie do Tatusia i Mamusi.- Powiedziałem ze śmiechem.- Jak się czujesz?- Spytałem się Chiyo. Mimo iż była w 2 miesiącu ciąży to wyglądała jakby była w 7.
-Dobrze-bobrze.- Uśmiechnęła się, głaskając się po brzuchu. Przytuliłem ją, dając jej buziaka w czółko.
-Popilnuj tutaj. I nie mów Ayako, gdzie poszedłem. Nie chce zaliczać dzisiaj zaręczyn.- Chiyo zaśmiała się na moje słowa, po czym dała mi buziaka w policzek i pomachała na do widzenia. Ja natomiast zamieniłem się w wilka i ruszyłem w drogę. Ich obóz nie był daleko, a ja nie musiałem się spieszyć. Przystanąłem kilka metrów przed obozem i z powrotem zamieniłem się w człowieka. Zarzuciłem na ciebie szatę. Chciałem zrobić im małą niespodziankę. Tak ubrany przeszedłem ten kawałek drogi i wszedłem do obozu.

                                     ..........W obozie.........
W obozie było cicho. Niektórzy siedzieli grupami i rozmawiali, inni ucinali sobie drzemkę, a jeszcze inni po prostu czymś się zajmowali. Grupka mężczyzn siedziała przy stole i rozmawiała.
-Żal mi Imari.- Powiedział jeden z nich.

-Nic na to nie poradzimy.- Stwierdził drugi, spoglądając na szefową, która leżała ze smutną miną w hamaku.
-Poradzimy, jeśli znajdziemy w końcu Kiyoshiego. Jak myślicie, żyje gdzieś jeszcze?- Stwierdził ten pierwszy.
-Ja myślę, że tak. W końcu to syn Yoshinoriego i Imari.- Stwierdził trzeci z mężczyzn.
-Ile bym dał aby zobaczyć tego urwisa.- Powiedział czwarty z lekkim uśmiechem, na co został poklepany po plecach w geście pocieszenia.
-Kto to?- Zapytał nagle jeden z mężczyzn, patrząc się w lewo. Do obozu weszła jakaś postać, ubrana w czarną szatę. Nie było widać jej twarzy, gdyż zasłaniał ją kaptur. Mężczyźni zerwali się ze swoich miejsc, wzięli miecze i podeszli do nieznajomego.
-Co tu robisz?? Czego chcesz?? Odejdź stąd jeśli ci życie miłe.- Powiedział jeden z mężczyzn. Swoim zachowaniem wzbudził ciekawość innych osób z watahy. Tajemnicza osoba podniosła ręce ku górze aby rozwiązać płaszcz. Gdy to zrobiła opadł on na ziemię ukazują młodego mężczyznę o białych włosach i złotych oczach.
-Ukazałeś swą twarz. A teraz mów czego chcesz!- Powiedział drugi z mężczyzn, nie rozpoznając tak długo szukanej osoby.
-Czekajcie!- Usłyszeli głos szefowej, która stała zaledwie kilka metrów od nich. Patrzała ona zszokowana na przybyłego chłopaka. Otwierała i zamykała usta, jakby chciała coś powiedzieć.- Czy....Czy ty....Czy ty jesteś...- Próbowała skleić zdanie, wskazując na chłopaka. Kiyoshi tylko uśmiechnął się widząc zachowanie swojej rodzicielki.
-Tak mamo.- Powiedział te dwa krótkie słowa, które w kobiecie wywołały lawinę uczuć i emocji.
-Kiyoshi!!- Podbiegła do niego ze łzami w oczach i mocno się do niego przytuliła. Kiyoshi odwzajemnił uścisk. Tak bardzo mu tego brakowało. Imari odsunęła się na chwilę od niego. Położyła dłonie na jego policzkach, patrząc na jego całą twarz.
-Synku. To naprawdę ty.- Powiedział przez łzy i ponownie się do niego przytuliła.
-Tak mamo. To ja. Znów jesteśmy razem.- Powiedział Kiyoshi, mocno przytulając mamę. Szef słysząc zamieszanie wyszedł z namiotu. Widząc co się dzieje uśmiechnął się szeroko.
-Yoshi!!- Krzyknęła kobieta, odsuwając się od syna.- Chodź tutaj szybko!!- Krzyknęła, głaskając syna po policzku. Yoshinori spokojnym krokiem podszedł do swojej żony i syna.- To Kiyoshi. On wrócił.- Powiedziała uradowana Imari.
-Wiem, wiem.- Zaśmiał się na jej zachowanie. Spojrzał na swojego pierworodnego. Kiyoshi uśmiechnął się szeroko i wyciągnął do ojca rękę. Ten podszedł bliżej i uściskał zarówno jego jak i swoją żonę.- Witaj z powrotem synku.- Powiedział radośnie, odsuwając się od niego.
-Dzięki tato.- Uśmiechnął się i ponownie przytulił do swojej matki.
-Uwaga wszyscy!!- Krzyknął Ishikawa.- Mój syn wrócił!! Kiyoshi się w końcu odnalazł!!- Po tych słowach zapanowała wrzawa. Wszyscy krzyczeli i klaskali ze szczęścia.

Aż nie mogę w to uwierzyć. Gdy wchodziłem do obozu serce waliło mi jak młot. A gdy zobaczyłem swoją mamę od razu miałem ochotę ją przytulić. Cały czas uśmiechałem się jak wariat.
-Wiesz Kiyoshi. Musisz się teraz ze wszystkimi przywitać.- Stwierdził ojczulek z uśmiechem. Pierwszego, którego rozpoznałem był wujaszek Manabu, który przywitał mnie z resztą jako pierwszy.
-Cześć wujaszku.- Podszedłem do niego i przytuliłem się.
-Kiyoshi. Jak dobrze cię znowu widzieć.- Powiedział ze szczerym uśmiechem.
-Kiyoshi!- Nagle przytulił się do mnie mój kuzyn.
-Już dobrze Shiba. Nie ucieknę, więc możesz już mnie puścić.- Trzymał mnie tak, jakbym miał się za chwilę rozpuścić. Odkleił się ode mnie z uśmiechem i łzami w  oczach.
-Taki sobie wujaszek Takaji.- Ale mi się zrymowało. Przywitałem się teraz z wujaszkiem wesołkiem. On tylko przytulił mnie z uśmiechem. Najwyraźniej mu mowę odjęło, gdy mnie zobaczył. Odwróciłem się do ostatniej osoby, z grupy powitalnej. Ten mężczyzna patrzał się na mnie z niedowierzaniem i szczęściem.
-Część wujaszku Shiki.- Powiedziałem z wielkim uśmiechem, wyciągając do niego ręce.
-Kiyoshi.- Wydukał i przytulił mnie mocno do siebie.
-Ej wujek. Bo mi żebra połamiesz.- Zaśmiałem się z małą ilość powietrza w płucach. Wujaszek odkleił się ode mnie na wyciągnięcie rąk.
-Kiyoshi. Mój chrześniaku. Jak dobrze cię widzieć. Ale urosłeś.- Nadal chyba niedowierzał, że tu jestem.
-Ciebie również dobrze widzieć ojcze chrzestny.- Dobrze, że nie wygląda jak ten z filmu. Po tym zacząłem się witać z resztą rodziny. Zauważyłem taż kilka nowych osób. Oczywiście po przywitaniu rozpoczęła się zabawa. Usiadłem przy jednym stole z rodzicami, ojcem chrzestnym, wujaszkami i kuzynem Shibą, który nie chciał się ode mnie odkleić.
-No Kiyoshi. Opowiadaj co porabiałeś przez te wszystkie lata.- Stwierdził z szerokim uśmiechem Manabu.
-Oj dużo się wydarzyło. Ale spokojnie. Zdążę wam wszystko opowiedzieć.- Stwierdziłem z uśmiechem.
-Nie cieszysz się z powrotu naszego syna?!- Usłyszałem głos matki.
-Cieszę się. Ale już wcześniej się z nim przywitałem.- Powiedział w obronie ojciec.
-Jak to wcześniej?- Spytała zdziwiona mamusia.
-Dwa miesiące temu ojciec przyszedł do mojego obozu.- Zabrałem głos na co wszystkie pary oczu zwróciły się na mnie.- Ale, gdy go zobaczyłem kazałem mu się wynosić. Byłem na niego wściekły. Na was. Myślałem, że mnie porzuciliście. Ale na szczęście niedawno co ojciec przyszedł i wyjaśnił mi jak to naprawdę było.- Co prawda to prawda.- Teraz jest już wszystko w porządku. Cieszę się, że ponownie mam rodzinę.- Po tych słowach złapałem moją mamę za rękę. Mamusia w odpowiedzi uśmiechnęła się czule i pocałowała mnie w policzek.
-Ale powiem ci Kiyoshi, że jesteś chyba przystojniejszy od ojca.- Na słowa Takajiego zaczęliśmy się śmiać.
-Po pierwsze, bo jestem młodszy. A po drugie zostałem urodzony przez piękną kobietę.- Tu spojrzałem się zadziornie na mamusię, która napawała się dumą.
-Twoja żona musi być szczęściarą.- Stwierdził z uśmiechem Shiba, z kawałkiem mięsa na widelcu.
-Jaka żona?! Ja nadal jestem kawalerem.- Stwierdziłem, kradnąc mu z talerza żarcie.
-Masz już 300 lat i nadal żony nie masz?!- Spytał z niedowierzaniem Manabu.
-Nie znalazłem odpowiedniej kandydatki na to miejsce.- Oczywiście na razie zachowam dla siebie to, że z tą idealną kandydatką aktualnie się spotykam.
-Skończmy ten temat o małżeństwie. Ty lepiej mów co się wydarzyło przez ten czas.- Spytał już zniecierpliwiony Shiki.
-Hmmm.....Z takich najważniejszych to chyba to, że mam swój klan.- Stwierdziłem zajadając się mięskiem. Przy okazji przesiadłem się, siadając między rodzicami. Wziąłem trochę mięsa do ręki i przysunąłem z uśmiechem ojcu pod nos. Ten zaśmiał się krótko i przyjął jedzonko.
-No, no, no. Pewnie długo walczyłeś o to stanowisko.- Stwierdził Shiki dumny ze swojego chrześniaka, czyli mnie.
-Wcale. Po prostu spotkałem gościa w lesie. Zaczął się stawiać. Zamachnąłem się kilka razy i po chwili leżał martwy na ziemi. Po chwili przybiegł jakiś chłopak i powiedział, że zabiłem wodza i nim zostałem. Patrzyłem się na niego jak na jakiegoś wariata. Ale poszedłem za nim do obozu. On ogłosił mnie nowym szefem. Oczywiście zaczęły się jakieś bunty. Wkurzony stwierdziłem, że jeśli ktoś mi się przeciwstawi to urwę mu łeb i nabiję na pal, a po tym upiekę. Kilka osób się sprzeciwiło to ich po prostu zabiłem. Teraz jest już spokojnie i nie muszę się niczego obawiać.- Mówiąc to cały czas karmiłem ojca.
-Charakterek po mamusi.- Stwierdził Shiki, na co oczywiście zaczęliśmy się śmiać.- A tak to poznałeś kogoś ciekawego?
-Mam przyjaciół i przyjaciółki.- Stwierdziłem spokojnie, pijąc winko.
-A długo się znacie?- Dopytywał wujaszek.
-Z chłopakami prawie te 300 lat, a z dziewczynami od niedawna.- Niech się cieszą, że nie powiedziałem „z idiotami”.
-Poznałeś jakieś inne wilki.- Powiedział z uśmieszkiem wujaszek.
-Nie. To są 3 wampiry i jeden elf. Oczywiście znam ich więcej, ale z tymi się przyjaźnię.- Po tych słowach przy stole zapanowała cisza. Wszyscy patrzeli się na mnie zszokowani.
-Przyjaźnisz się z wampirami?- Spytał niedowierzając Takaji.
-Tak. Coś w tym złego?- Patrzałem się na nich jak na idiotów.
-Przecież wiesz, że wilki i wampiry nie mogą żyć razem.- Stwierdził stanowczo wujek Manabu.
-To są bujdy na resorach. Gdyby tak było już dawno leżał bym martwy 2 metry pod ziemią. Oni są naprawdę spoko i nie raz uratowali mi dupsko. Na przykład ostatnio gdy......- Zamilkłem przypominając sobie, że nie miałem o tym mówić.
-Gdy co?- Spytała moje rodzicielka, a ja już wiedziałem, że się wkopałem.
-Ostatnio walczyłem z takim wilkiem i innymi. No i byłem bardzo ranny. Dzięki szybkiej reakcji mojego przyjaciela wampira dziś mogę tu z wami siedzieć.- Ledwo te słowa przeszły mi przez gardło. Wszyscy patrzeli na mnie zszokowani.
-Już dobrze się czujesz? Masz jeszcze jakieś rany? Co się dokładnie stało?- I lawina pytań od mamusi, która patrzała na mnie troskliwym wzrokiem i najchętniej przebadała by mnie na 1000 sposobów.
-Już wszystko dobrze. Doktorek wampir poskładał mnie do kupy.- Na moje słowa moja rodzicielka aż zbladła.
-No to jednak muszę przyznać, że nie mogą być tacy źli.- Stwierdził ojciec Shiki.
-Poznacie ich to sami ocenicie.- Bo nie dało by się ich chować przez ten cały czas. Musiałem nawet Runiemu wybić z głowy przyjście tutaj.
-Kiyoshi! Zamień się w wilka.- Powiedział podekscytowany kuzyn Shiba.

-No dobra. Ale ty pierwszy.- Wskazałem na swojego kuzyna. On radośnie wstał i po chwili tuż obok wujaszka Manabu stal szary wilk. Nie mając innego wyboru wstałem i poszedłem za namiot. Tam zamieniłem się w wilka. Wyszedłem za niego i podszedłem bliżej stołu. Wszyscy tam siedzący mieli pootwierane buzie z wrażenia.
-To futro aż się błyszczy.- Stwierdził zachwycony Takaji. Ja natomiast spojrzałem się na swojego kuzyna i postanowiłem się trochę zabawić. Zacząłem na niego warczeć. Po chwili załapał o co chodzi i zaczął uciekać. Goniliśmy się tak chwilę po obozie, by nadal pełni energii wrócić do stolika. Nadal w wilczej postaci podszedłem do mojej rodzicielki i położyłem głowę na jej ramieniu. Ona zaczęła drapać mnie za uchem na co zacząłem się do niej wtulać.
-Pieszczoch mały.- Zaśmiała się Imari na moje poczynania. Z powrotem zamieniłem się w człowieka i zająłem swoje miejsce.
-Wyrosłeś na wspaniałego wilka Kiyoshi.- Stwierdził z dumą Shiki.
-Jako jedyny syn musiałem tak zrobić.- Uśmiechnąłem się ale zawtórowała mi cisza.- Coś się stało?- Spoglądałem to na ojca to na matkę.
-Bo wiesz Kiyoshi......Ty nie jesteś jedynakiem.- Powiedziała moja mama.- Masz jeszcze brata i siostrę.- Powiedziała, patrząc się na swoje buty. Patrzałem na nią zszokowany. Mam rodzeństwo.
-Minęło już tyle lat, a moje życzenie nadal się nie spełniło.- Powiedziałem, wzdychając ciężko.
-Jakie życzenie?- Spytał skołowany ojciec.
-Chciałem przecież dwie siostrzyczki. Więc mam nadzieję, że może na następne urodzin się to spełni.- Powiedziałem, spoglądając na rodziców. Tymczasem wujkowie i kuzyn nie mogli przestać się śmiać.- Mamo. Tato. Nie mam wam tego za złe. Wręcz przeciwnie. Bardzo się cieszę, że mam rodzeństwo. I bardzo chętnie ich poznam.- Powiedziałem, uśmiechając się do nich.
-Przyjadą w weekend. Wysłaliśmy ich do Internatu aby się uczyli, a nie jeździli z nami po kraju. Ale na pewno się ucieszą z twojego powrotu. Trochę im o tobie opowiadaliśmy.- Powiedział ojciec z uśmiechem. Mamcia natomiast przytuliła się do mnie jakby w podzięce.
-Na razie dość o mnie. Teraz wy coś poopowiadajcie. Właśnie! Gdzie będziecie mieszkać?- Bo jeśli dobrze myślę to zostają w mieście.
-Niedaleko stąd budujemy obóz. Z jakiś miesiąc pozostaniemy tutaj.- Stwierdził ojczulek, a ja wpadłem na pomysł.
-To może na tan czas zamieszkacie w moim obozie? Miejsce się znajdzie i przy okazji spędzimy razem trochę czasu.- Trochę wygody im się należy. Mama z tatą wymieniali spojrzenie, jakby czytali sobie w myślach.
-Jeśli nie będzie ci to przeszkadzać to czemu nie.- Powiedział ojciec z uśmiechem.
-Wcale a wcale. To jutro przyjdę po was i zabierzemy się do mnie.- Wszyscy zgodnie pokiwaliśmy głowami. Po tym porozmawialiśmy jeszcze trochę, a następnie każdy udał się na spoczynek. Oczywiście mamusia zaciągnęła mnie do ich namiotu abym przenocował. Przebrałem się i położyłem obok mamusi, robiąc sobie z jej brzucha poduszkę. Od razu udałem się w objęcia Morfeusza.

A tu macie Rukiego, który zapomniał tekstu >.<


piątek, 24 lipca 2015

"Na dobranoc"- Jason i Jonathan z Twin Blood

Dzień dobry~! ^^
Nie wiem jak się mówi, gdy jest 7 minut po północy. O.o
Nastał piątek, weekendu początek i oczywiście obiecanej miniaturki.
Więc można sobie przed snem poczytać albo zostawić do rana. :)
I nie myślcie, że tak czatowałam na ten dzień.
Kimie po prostu lubi siedzieć sobie do 2 w nocy i czytać/oglądać/grać.
Tak więc życzę miłego weekendu i do zobaczenia w poniedziałek~! :p
Good night and enjoy~! ^^

Ten dzień był dla bliźniaków naprawdę męczących. Wstali o 6 rano aby po 7 zjawić się w prywatnej szkole. Na pierwszej lekcji mieli sprawdzian z matematyki, a na trzeciej sprawdzian z łaciny. Ostatnią lekcją były w-fy, na której grali w koszykówkę. Po szkole wrócili do domu, po czym przebrani i najedzeni poszli do pałacyku, w którym mieszkali członkowie klanu. Po wypiciu krwi i rozmowie z Niko na temat jakieś dziwnej choroby poszli grupką do Kiyoshiego. Po drodze zwerbowali Louisa i jego małą grupkę elfów- w której był tylko jeden facet. Gdy już dotarli wszyscy byli gotowi. Ruszyli na polanę za górami, za którą po 20 minutach marszu odbyła się walka. Był to spór terytorialny z klanem wampirów. Bliźniacy dowiedzieli się o przekupstwie watahy wilków aby im pomogli, dlatego oni również zwerbowali Kiyoshiego i jego bandę oraz do pomocy Louisa. Walka była zażarta lecz wygrali, wychodząc tylko z kilkoma zadrapaniami. Po tym odbyła się mała impreza na uczczenie zwycięstwa. O 23 przypomniało im się, że mają do napisania referat na jutro. Tak więc bliźniacy musieli wrócić do domu. Kiyoshi również lecz on pociągnął za sobą Runiego, który miał mu pomóc. Znając ich to skopiują swoje prace, a potem oczarują historyczkę. Bliźniacy jednak musieli napisać pracę od zera, co zajęło im dwie godziny. Przekąsili coś szybko w ramach kolacji i poszli wziąć szybki prysznic. Jason wykapał się pierwszy, więc w samych bokserkach rzucił się na łóżko.
-Dość. Nie idę do szkoły. Na mnie czeka emerytura i szczęśliwe życie staruszka.- Wymamrotał lecz mimo to Joni go usłyszał i zaśmiał się za drzwiami od łazienki.
-Mamy nauczkę. Następnym razem zróbmy to od razu to będziemy mieć później spokój.- Wykrzyczał Joni.
-Mam pomysł. Zgadamy się z Runim, Louisem i Kiyoshim i gdy nauczycielka będzie chciała zadać nam jakiś referat to ją wspólnie oczarujemy.- Jason aż uśmiechnął się na swój pomysł, po czym wślizgnął się pod kołdrę, półleżąc w oczekiwaniu na brata.
-Lepiej nie. Bo będzie bujać w obłokach przez miesiąc jak nie dłużej.- Obaj zaśmiali się z tej perspektywy.- Jason?
-Tak?- Jason ziewnął głośno, trąc oczy.
-Możesz już iść spać. Ja za chwilę wyjdę.- Powiedział nieśmiało Joni. Coś było nie tak.
-Wychodź i to już. Jeśli teraz nie wyjdziesz to nie pozwolę ci ze mną spać.- Jason usłyszał jęk niezadowolenia ze strony brata, na co kącik jego ust uniósł się w górę.
-Tylko się nie śmiej.- Jasona trochę zdziwiły jego słowa ale postanowił poczekać aż wyjdzie i dowiedzieć się o co mu chodzi. Joni zgasił światło i niepewnie wszedł do pokoju. Na pierwszy rzut oka wyglądał normalnie. Tak samo jak swój brat, ubrany tylko w bokserki. Jednak to właśnie one przyciągnęły wzrok Jasona, który widząc to wybuchnął niekontrolowanym śmiechem.
-Ej~! Nie miałeś się śmiać.- Powiedział naburmuszony Joni.
-Prze.....Prze.....Przepraszam! Hahaha!- Jason aż kulił się pod wpływem śmiechu.
-To nie jest śmieszne!
-Jest! Hahaha!
-Wcale, że nie!
-A wcale, że tak!
-Nie!
-Tak!
-Nie!
-Tak!
-Idiota!
-Ale twój brat i to bliźniak.- Jason uśmiechnął się do brata, który stał na środku pokoju z naburmuszoną miną. Co wywołało u Jasona salwę śmiechu? Bokserki jego braciszka. Byłyby to zwykłe czarne bokserki z czerwoną gumką, gdyby nie napis „Bite me” („Ugryź mnie”).
-Normalne bokserki. Nie ma tu nic zabawnego.
-Jeśli tak uważasz to dokupię ci do nich koszulkę z takim samym napisem.- Jason zaśmiał się pod nosem na prychnięcie Joniego.
-Nieważne. Idziemy spać.- Joni szybkim krokiem dotarł na łóżko i zakopał się wręcz pod kołdrą. Jason jednak postanowił się trochę pobawić przed snem. Obrócił Joniego na plecy i przytrzymał jego ręce nad jego głową, po czym wgryzł się w jego szyję. Joni pisnął zaskoczony.
-Głupi~! Przestań!- Krzyknął Joni próbując wyrwać się z uścisku.
-Nie~. I powiedz mi mój drogi braciszku, czy tam też powinienem ugryźć?- Spojrzał się na jego bokserki.

-Ani mi się waż.- Po tym stoczyli niezłą bitwę, po której obaj byli pogryzieni. Joni jednak był tym przegranym, gdyż Jason ugryzł go blisko jego krocza. Następnego dnia Joni nie odzywał się do brata. Dopiero po lunchu zaczął z nim rozmawiać. Dlaczego? Bo właśnie wtedy Kiyoshi powiedział mu „Ciesz się, że to był Jason. Pomyśl jakby Runi to zrobił”. Joni na samą myśl się wzdrygnął i przykleił do brata na cały dzień. Przed snem Jason wynagrodził mu te ugryzienia w postaci gorącej czekolady z piankami. 

środa, 22 lipca 2015

Danse Macabre- rozdział 1

      Witam Serdecznie~! ^.^
Nadszedł ten dzień, w którym mogę przedstawić wam pierwszy rozdział nowego opowiadania.
Tak oto ja Kimi mam zaszczyt przedstawić nowe opowiadanie pt:
"Danse Macabre"
Jest ono pisane na bieżąco ale postaram się wstawiać często rozdziały. ;)
Mam nadzieję, że was zainteresuje i będziecie śledzić losy bohaterów.
Tak więc przypomnę tylko, że w piątek pojawi się miniaturka :3
Miłego czytania~! #Kimie

P.S. Zostawcie po sobie ślad w postaci komentarza, nawet króciutkiego. 
Autorka będzie bardzo wdzięczna ^^

Francja, rok 1510

Rok 1510, epoka renesansu. Czy to coś znaczy? Ależ oczywiście! Przecież za 500 lat ta epoka będzie uważana za jedną z najważniejszych w dziejach cywilizacji i kultury europejskiej. Zrodziło się wiele idei społecznych, religijnych i filozoficznych. Zostało to zapoczątkowane dzięki odkryciu nowego lądu- Ameryki. Ludzie przecież przez wieki nie wiedzieli, że za horyzontem jest coś jeszcze, że Ziemia nie ma ani początku ani końca. Dzięki odkryciom geograficzny poznaliśmy nieznane dotąd nam lądy oraz potwierdzono, że ziemia jest okrągła, a nie płaska. Poznaliśmy wiele nowych produktów takich jak ziemniaki, kukurydza, kawa, herbata, kakao, tytoń, cytrusy i egzotyczne przyprawy. Wynaleziono również druk, co zaciekawiło umysł człowieka. Oczywiście później nastała reformacja i poglądy religijne ludzi zaczęły się zmieniać. Najważniejszym światopoglądem renesansu jest to, iż człowiek jest w centrum zainteresowania. Nie Bóg, jak w średniowieczu, a człowiek. Człowiek zaczął się rozwijać, odkrywać świat i tworzyć. Cenił szczęście doczesne, dążył do wygody i przyjemności aby znaleźć się w ziemskim raju. Nie umartwiał się jak człowiek średniowiecza i odrzucał ascezę. Pragnął dostatku i powodzenia. Człowiek się „odrodził” i nie chciał stać w miejscu. Chciał przeć naprzód i poznawać coraz to nowsze rzeczy.

Mijają dni, miesiące, lata, a nawet wieki. Czy my się wiele zmieniliśmy? Poszukujemy czegoś czy ustaliśmy w miejscu? Ta ideologia zmienia się w naszych etapach życia. Na początku, gdy przyjdziemy na świat jesteśmy wszystkiego ciekawi. Uczymy się chodzić, mówić, pisać. Po tym doskonalimy nasze umiejętności. Idziemy do szkoły, poznajemy nowych ludzi i dowiadujemy się wielu nowych rzeczy- zarazem ciekawych i nudnych. Mijają nasze szkolne lata, a my stajemy się mądrzejsi i w pewnym stopniu dojrzalsi. W tym momencie wybieramy jedną z dwóch dróg. Pierwsza to studia, gdzie będziemy się uczyć i szkolić w danej profesji. Druga natomiast to praca, gdyż wolimy zarabiać zamiast poszerzać swoje wiadomości w jakimś zakresie. Gdy wybieramy pierwszą drogę to szkolimy się i planujemy przyszłość. Zaś w drugiej pracujemy i zarabiamy, mając dzięki temu codzienny rytuał. Co dalej? Po studiach szukamy pracy w naszym zawodzie, co niewielu się udaje. Niektórzy postanawiają zakładać swoje firmy licząc na łud szczęścia. U osoby pracującej nic zbytnio się nie zmienia. W obu jednak przypadkach następuje moment, w którym chcemy się ustatkować. Szukamy swojej drugiej połówki, bierzemy z nią ślub i planujemy wspólne życie. Drogi, które kiedyś zostały rozdzielone teraz się łączą. Pracujemy, zarabiamy pieniądze, płodzimy dzieci i żyjemy z dnia na dzień. Ta droga trwa bardzo długo. Co następuje później? Starość i emerytura. Nasze dzieci poszły własnymi ścieżkami, dając nam małe szczęście w postaci wnuków. My odpoczywamy, ciesząc się małymi rzeczami, których wcześniej na naszej drodze nie dostrzegliśmy. Jednakże sielanka nie trwa długo. Po kilku krokach wpadamy w dół odchodząc z tego świata. My jesteśmy na śmierć przygotowani w pewien sposób. Przecież to jest kolej rzeczy. Urodzić się, żyć i umrzeć. Jednakże co następuje po tym? Idziemy do miejsca zwanego niebem lub piekłem? A może nasza dusza zapomina wszystko, zostawiając tylko okruszki naszego poprzedniego życia i rodzimy się na nowo? A może przez lęk pozostajemy w pewnym sensie na ziemi wokół naszych bliskich? Jest to zagadka, która nurtuje wszystkich od stuleci. Nikt tak naprawdę nie wie, co jest dalej. Mamy tylko teorie, które powstały na przestrzeni wieków. Bo czy można uwierzyć człowiekowi, że widział łąkę usłaną kwiatami, który uważa to za niebo? Szybciej uwierzymy w UFO niż w niebiańską łąkę. Bo każdy z nas ma swój rozum i duszę, które kształtujemy przez lata. Tu czas odgrywa ważną rolę. My możemy być w centrum zainteresowania ale to czas decyduje o nas.

O czym będzie ta historia? O drodze życia? W pewnym sensie można tak powiedzieć. Jednakże tu to serce, rozum, dusza oraz czas odgrywają główne role. Przenieśmy się do Francji.......Widzimy piękne budowle, pałace, zamki, kościoły. Ludzie kupujący, spacerujący i rozmawiający na różne tematy. Damy w pięknych sukniach przejeżdżające w karocach przez miasto aby dostać się do swych loków. Wszystko klasyczne i piękne w swojej prostocie. Ubierzmy się niczym dama, wsiądźmy do karocy i pojedźmy do jednego z wielu pałacy. W pałacu należącym do rodziny de Marivaux (de mariwo) odbywa się dzisiaj bal. Wszyscy z wyższych sfer zostali zaproszeni. Wychodzimy z karocy, idziemy po schodach ku górze. Mijamy jońskie kolumny i wchodzimy do środka. Gra muzyka, stoły uginają się pod nadmiarem jedzenia, Damy uśmiechają się zadziornie do panów w tańcu. Wszyscy jedzą, piją, rozmawiają i śmieją się. Mogłoby się to wydawać całkiem normalne. Ot, zwykły bal aby spotkać się z osobami na swoim poziomie. Jednakże coś się dzieje. Gospodarze rozmawiają z pewną dziewczyną oraz mężczyzną. Najpierw są uśmiechy i uprzejmości. Po chwili jednak twarz dziewczyny markotnieje. Uśmiecha się sztucznie, po czym przeprasza i odchodzi od nich. Podążmy za nią. Kim w ogóle ona jest? Przecież to córka gospodarzy dzisiejszego wieczoru, Lilian de Marivaux. Szesnastoletnia dziewczyna o niebieskich oczach niczym niebo o poranku oraz włosach w kolorze pszenicy. Ubrana w piękną czerwoną suknię ze złotymi haftami, uwieńczona na szyi koronką. Włosy upięte w kok w który zostały wpięte białe pióra. Powoli wyminęła gości, kłaniając się poszczególnym osobą. Gdy tylko znalazła się na tarasie pobiegła wprost do ogrodu. Znaną już sobie ścieżką pobiegła do altany znajdującej się niedaleko. Często tam chodziła już od dzieciństwa. Po chwili oparła dłonie na balustradzie, dysząc lekko. Co się mogło stać, że tak szybko wybiegła? Otóż tuż przed chwilą rodzice powiadomili ją, że będzie brała ślub z Elwanem de Laclos (laklo). Był on synem możnego szlachcica. Widziała go może z trzy razy w życiu. No ale to rodzice decydowali za kogo wyjdzie ich dziecko...

Czułam gniew i zażenowanie. Jak oni mogli mi to zrobić? Wydać mnie za mężczyznę, którego w ogóle nie znam? Tylko dlatego, że jest bogaty?! To jakaś kpina! Ja nie chcę. Nie spieszno mi do ożenku. A jak już mam się żenić to z miłości, a nie z przyzwolenia. Jak już mam zostać żoną i matką to tylko z bratnią duszą. Dlaczego moi rodzice nie mogą tego zrozumieć? -Przetarła czoło, wzdychając ciężko. Oparła się o kolumnę patrząc w rozgwieżdżone niebo. Uśmiechnęła się delikatnie na widok takiego piękna. Rozejrzała się po okolicy i ponownie chciała zagłębić swe spojrzenie w gwiazdach, gdy coś, a raczej ktoś przykuł jej uwagę. Niedaleko znajdował się rodzinny cmentarz. Tam na jednym z nagrobków ktoś siedział.- Kto to? Mężczyzna czy kobiecina? A może jakieś stworzenie nieczyste?! A jeśli to jakiś złodziej? Mimo wszystko muszę to sprawdzić.- Zeszła powoli z altany i udała się w stronę nieznajomej osoby. Tylko światło księżyca oraz gwiazd rozświetlało sylwetkę nieznajomego. Będąc już trochę bliżej zauważyła, że dana osoba ma dość długie włosy. Nic innego nie mogła dostrzec. Ustała jakieś trzy metry od tej osoby aby nie narażać się na niebezpieczeństwo.
-Ktoś ty?- Spytałam niepewnie. Sądząc po włosach to jakaś kobiecina albo panna. Ale co by robiła w takim miejscu? Postać nie zareagowała, nie ruszając się nawet o centymetr. Trochę mnie to zirytowało ale nie chciałam się poddać.- Ktoś ty?!- Zapytałam tym razem głośniej. Postać jednak jak siedziała tak siedzi, jakby była posągiem. Zdenerwował mnie postawa tej osoby ale postanowiłam zapytać ponownie.- Ktoś ty?!!- Wręcz krzyknęłam, podchodząc trochę bliżej.
-Przerywasz mi idealną ciszę.- Aż wzdrygnęła się, gdy osoba się jednak odezwała. Głos był poważny, niezbyt głośny i niski. Był to jednak mężczyzna.
-Co tu robisz?- Spytałam trochę niepewnie. W końcu nie wiedziałam kto to tak naprawdę jest.
-A waćpanna musi wszystko wiedzieć?- Spytał ironicznym głosem. Oczywiście nie spodobało mi się jego podejście.
-To są moje ziemię, więc musisz mi powiedzieć kim jesteś i co tu robisz.- Oznajmiłam władczo. Jakiś chłop nie będzie mnie uciszał i poniżał w moim domu.
-Nic nie muszę. A ty przypadkiem nie powinnaś być teraz przy swoim narzeczonym?- Zaskoczył mnie. Przecież tylko ja, Elwan oraz moi rodzice wiedzieli o oświadczynach. No i jeszcze ojciec Elwana. Czyżby to był ktoś z gości i podsłuchał naszą rozmowę? Ale co gość robiłby na cmentarzu o tej porze?
-Nie życzę sobie aby się pan tak do mnie zwracał. Proszę natychmiast wyjść z mojego terenu i nie wracać. Jeśli nie to zawołam straż i pana  stąd wyniosą.- Zdenerwował mnie ten mężczyzna. Jak on mógł powiedzieć mi coś takiego?! Jestem córkom gospodarzy i nie pozwolę sobie na takie traktowanie. Postać nagle obróciła głowę w moją stronę, patrząc na mnie z obojętnością. Bardziej zaskoczył mnie jego wygląd niż ruch. W blasku księżyca miał wręcz mlecznobiałą cerę. Oczy były ciemne, przysłonięte kurtyną rzęs. Na twarz opadało kilka włosów w kolorze czerni. Ta osoba była wręcz piękna.
-Nie obchodzi mnie twój status. Przecież przed Bogiem wszyscy jesteśmy sobie równi.- Uśmiechnął się delikatnie po czym wstał. Byłam zahipnotyzowana jego urokiem, nie wiedząc co mając teraz zrobić. On jednak ukłonił się nisko i spojrzał na mnie.- Ktoś po ciebie przyszedł.- Po jego słowach szybko obróciłam głowę myśląc, że ujrzą Elwana albo rodziców. Ewentualnie którąś ze służek lecz nikogo nie było. Obróciłam głowę w stronę mężczyzny ale go już tam nie było. Kim on był? I co tu robił? Lekko zamyślona wróciłam do pałacu. Starałam się omijać rodziców tak samo jak przyszłego męża. Mogłam jednak szybciej się oddalić i udać się do swojej komnaty. Moja osobista służka pomogła mi się przebrać, po czym położyłam się w łóżku. Z mojej głowy nie mogło wyjść dzisiejsze spotkanie. Czy on był prawdziwy? Pochłonięta tymi myślami zasnęłam.

Od balu minęło kilka dni. Nie rozmawiałam z rodzicami na temat ślubu. Widzieli po nie, że mi się to nie podoba. Raz mama powiedziała mi, że to dla mojego dobra. Ja nic nie odpowiedziałam aby nie nakrzyczeć na nią. Miałam inne sprawy na głowie. A dokładniej tego nieznajomego. Codziennie wieczorem udawałam się do altany i wyczekiwałam go. Może było to z mojej strony niedorzeczne ale coś przyciągało mnie do niego. Często myślałam jak by wyglądał w blasku słońca. Czy równie pięknie co w nocy? Chciałam przekonać się jakiego koloru są jego oczy. Czy miał na sobie perukę, czy były to jego prawdziwe włosy? Jak ma na imię i co robił na cmentarzu tego wieczora? Zamyślałam się przez to, co trochę niepokoiło moich rodziców. Oczywiście nie powiedziałam nikomu o tamtym spotkaniu. Jeszcze zakazaliby mi wychodzić wieczorami do ogrodu. Siedząc na tarasie z filiżanką herbaty rozmyślałam, czy spotkam go ponownie.

Nastała niedziela. Wstałam wcześnie rano, ubrałam się w wytworny strój, po czym zeszłam na śniadanie. Zaraz po udaliśmy się do kościoła na mszę. Moja rodzina była bardzo katolicka. Ja wraz z Nuną usiadłam w jednej ławce, a przed nami moi rodzice. Odetchnęłam głęboko starając się nie myśleć o nieznajomym i skupić się na modlitwie. Msza rozpoczęła się. Wręcz machinalnie wykonywałam wszystkie czynności. Próbowałam słuchać kazania biskupa lecz wychodziło mi to z marnym skutkiem. Rozglądałam się chwilę po kościele i nagle moją uwagę przykuł mężczyzna. Pojawił się wręcz znikąd tuż po lewej stronie biskupa. Miał on na sobie długi czarny płaszcza jego głowę zakrywała jakaś chusta. Gdy na chwilę podniósł głowę o mało co nie krzyknęłam. To był on. Ten mężczyzna z balu. Szczerze nie spodziewałam się go tu spotkać. Plus dziwiło mnie, że nikt go nie widzi. Uważnie obserwowałam jego ruchy. Powoli zbliżał się do biskupa. Dopiero gdy był już blisko zauważyłam, że w ręce trzyma sztylet. Przeraziłam się. Czyżby on chciał zabić duchownego?! I nikt tego nie widzi?!! Nie wiem nawet kiedy zamknęłam oczy aby nie widzieć rozlewu krwi. Otworzyłam je dopiero wtedy, gdy usłyszałam kobiecy krzyk. Po nieznajomym nie było śladu, a biskup leżał na posadzce. Obok niego klęczało kilku mężczyzn. Ojciec kazał Nunie wyprowadzić mnie z kościoła. Ja jednak byłam ciekawa co się tak naprawdę stało. Mimo to posłusznie poszłam wraz ze służką do karocy. Dość długo siedziałyśmy i czekałyśmy na moich rodziców. Po jakimś czasie pojawili się i ruszyliśmy do domu.
-Co się stało?- Spytała nie mogąc wytrzymać jakieś dziwnie napiętej atmosfery. Mama westchnęła, a ojciec patrzył się chwilę na swoje buty.
-Biskup nie żyje.- Oznajmiła smutnym głosem moja rodzicielka.
-Czy ktoś go zabił?- Spytałam od razu. Nie dawało mi to spokoju.
-Ależ oczywiście, że nie. Był chorowity. Nie wiadomo na co. Dowiedzieliśmy się, że dzisiaj rano mimo złego stanu zdrowia postanowił poprowadzić mszę. Okazała się jego ostatnią.- Ojciec opowiadał o tym jak o czymś codziennym.
-Panie świeć nad jego duszą.- Matka przeżegnała się i ucałowała krzyżyk. Ja natomiast zatopiłam się w swoich myślach. Przecież nie przywidział mi się. Dokładnie go widziałam. Szedł w stronę biskupa ze sztyletem w dłoni. To jest bardzo dziwne.

Po kilku dniach odbył się pogrzeb biskupa. Siliłam się na smutek ale bardziej wychodziła mi obojętność. Nie był on przecież dla mnie nikim bliskim. Nie rozmawiałam z nim również często, wręcz nigdy. Po pogrzebie pan de Laclos zaprosił wszystkich do siebie. Ja wymigałam się mówiąc, iż nie najlepiej się czuje. Mama zrozumiała to mówiąc, że pewnie zbytnio przeżyłam śmierć duchownego. Więc ja wraz ze służką pojechałam do domu, a rodzice do ojca mojego narzeczonego. Brało mi się na wymioty, gdy tak o nim myślałam. Po dotarciu do domu przebrałam się i zjadłam obiad. Po tym snułam się po pałacu nie wiedząc co robić. Postanowiłam poszukać kotki mojej mamy, gdyż jak się okazało nie pokazywała się od wczoraj. Oczywiście uspokoiłam służbę aby nie martwili się na zapas. Mama pewnie dopiero jutro rano zawoła swoją kotkę Katie. Oczywiście postanowiłam poszukać w ogrodzie. Często kotka wylegiwała się na murku w słońcu albo siedziała w cieniu drzewa. Nie znalazłam jej jednak w jej ulubionych miejscach. Zaszłam jeszcze do altany, gdyż lubiła przychodzić tam ze mną i kłaść się na moich kolanach. Tam jednak również nie było śladu kotki. Już chciałam wrócić do pałacu, gdy usłyszałam miauknięcie. Zaczęłam się rozglądać w poszukiwaniu biało-szarej puchatej kulki. Omal co nie krzyknęłam widząc nieznajomego siedzącego na nagrobku. Z daleka ujrzałam, że ma na kolanach Katie. Szybkim krokiem popędziłam w jego stronę.
-Oddaj tego kota.- Powiedziałam groźnie nie siląc się na dobre maniery. Przecież on może chce porwać tego kota?
-I przyszła panna wielce opryskliwa. Nie można nawet pogłaskać kotka w spokoju i ciszy. Idź opłakiwać śmierć biskupa, a nie krzyczysz mi przy uchu.- Jak zwykle nie obrócił się do mnie, nadal głaskając kicię po grzbiecie. I jak zwykle niegrzeczny.
-Oddawaj tego kotka. Bo....- Zacięłam się. Co mogłabym mu zrobić? Nakrzyczeć na niego? Wezwać straż? Przecież on zabił biskupa to mógłby i zabić mnie.
-Bo co? Nakrzyczysz na mnie, po czym się rozpłaczesz i uciekniesz do swojej mamusi. Intrygujące.- Pogłaskał kotka ostatni raz po czym położył ją delikatnie na ziemi. Ta zaczęła się ocierać o jego nogi, domagając się więcej głaskania.
-Ja przynajmniej jestem człowiekiem, a nie jakimś potworem bez serca, który zabija ludzi!- Wykrzyczałam zanim ugryzłam się w język. Kotka najwyraźniej przestraszyła się, gdyż najeżyła się i uciekała do ogrodu. Ja natomiast zamarłam nie wiedząc co robić. Mężczyzna milczał chwilę, po czy wstał i podszedł do mnie. Zamarłam z zachwytu. Mogłam mu się przyjrzeć dokładnie, gdyż słońce dopiero powoli zachodziło. Miał bladą cerę niczym śnieg, oczy jak atrament otoczone kurtyną rzęs i lekko różowe usta. Twarz pociągła z pięknym zarysem szczęki. Czarne włosy lekko opadały na jego twarz. Ubrany w czarno złoty strój, otulony czarnym płaszczem z szarym futrem. On nie był przystojny, on był piękny. Jego oczy hipnotyzowały mnie, przyciągając do siebie.
-Skoro twierdzisz, że zabiłem biskupa to co ty tu jeszcze robisz? Przecież pod płaszczem mogę mieś sztylet i szybkim ruchem wbić ci go prosto w serce. Moim zdaniem jesteś głupią panną bogatych rodziców bujającą w obłokach.- Dopiero po jego słowach zdałam sobie sprawę, że ma rację. Przecież nie wiem kim on jest, a teraz nie ma nikogo przy mnie, kto by mnie obronił. Na samą myśl przeszły mnie ciarki.
-A-A m-m-może jestem po-po prostu od-od-odważna? I-I się ciebie nie b-boję?!- Nie boję się a trzęsę się jak osika. Plus zaczęłam się jąkać. Nieznajomy chwilę patrzał w moje oczy, po czym schylił się do mojego ucha. Oczekiwałam jakiś słów ale nic się nie stało. Odsunął się i ponownie na mnie spojrzał. Wręcz odetchnęłam z ulgą lecz nagle....
-A!!!- Krzyknął, a ja podskoczyłam i pisnęłam, przez co upadłam na ziemię. Sukienka zadarła mi się do góry, przez co nic przez chwilę nie widziałam. Słyszałam tylko jego śmiech, który przyprawiał mnie o ciarki. W miarę szybko wstałam z ziemi, otrzepując się z brudu. Spojrzałam na niego wściekła.
-Ty....- Wysyczałam mając na języku pełno bluzgów na temat jego wychowania i klasy.
-Wiesz co zastanawiam się co było lepsze: twoja mina, gdy cię wystraszyłem czy widok twojej bielizny?- Zapytał z chytrym uśmieszkiem, a na moje poliki wpadł rumieniec. Byłam na niego zła i zawstydzona.
-Powinni cię powiesić za podglądanie damy.- Popatrzyłam na niego hardo, nie chcąc się już zbić z tropu.
-Jakbym na oczy nie widział damskiej bielizny. Wiem, że to twoje pierwsze obcowanie z mężczyzną ale nie martw się. Nie podniecają mnie ropuchy.- Uśmiechnął się z wyższością patrząc na moją skołowaną minę. Nie znam go, nie znam jego imienia, a już go z całego serca nienawidzę.
-Jak śmiesz tak do mnie mówić?!! Jeśli chcesz wiedzieć to adoruje mnie wielu mężczyzn.- Uniosłam wysoko czoło chcą pokazać tym swoja wyższość nad nim.
-I oni wszyscy chcą abyś rozłożyła przed nimi grzecznie nóżki i spełniła ich wszystkie łóżkowe fantazje. Ale to romantyczne~!- Zaśmiał się pod nosem wyczekując mojej reakcji. Nie mogłam się powstrzymać i zarumieniłam się ale bardziej ze złości niż wstydu.
-To, że ty jesteś skończonym dupkiem nie znaczy, że inni mężczyźni również tacy są!- Wydarłam się na niego, prychając z pogardą.
-Oj, oj, oj~! Takie brzydkie słowa z ust szlacheckiej damy. Powinnaś się wstydzić młoda panno.- Zacmokał z niezadowolenia, a ja zakryłam usta dłonią. Dobrze, że nikt tego nie słyszał. Przez chwilę stałam przerażona ze wzrokiem wbitym w ziemię. Nagle usłyszałam ponownie jego śmiech. Stał i trzymał się za brzuch śmiejąc się głośno. Ten śmiech jest straszny. Ciarki przechodzą po plecach.
-Co ci się stało?- Spytałam zmieszana.
-Twoja twarz wyrażała takie przerażenie jakbyś straciła dziewictwo przed ślubem.- Parsknął jeszcze zasłaniając tym razem usta dłonią. Zmrużyłam oczy patrząc na niego groźnie. Nie będzie mnie pouczał.
-Kim ty jesteś, że mnie pouczasz?- Podeszłam do niego bliżej patrząc się hardo w jego oczy. Nie zaskoczy mnie, nie dam mu się. Patrzeliśmy sobie w oczy dość długą chwilę. Poczułam się przez to trochę nieswojo, gdyż jego wzrok wręcz parzył.
-Jestem kimś kto zna życie lepiej od ciebie.- Jego cichy wręcz pomruk sprawił ciarki na mym ciele. Z lekkim uśmiechem na ustach przyglądał mi się dokładnie.
-A jak się nazywasz?- Spytałam równie cicho, jakby ktoś nas podsłuchiwał. Albo jakbyśmy robili coś złego.
-To musisz zgadnąć sama. Mogę ci tylko podpowiedzieć, że jestem bardzo związany z nocą, a zarazem z dniem. Niedługo znowu cię odwiedzę i mam nadzieję, że odgadniesz tą zagadkę.- Mówił cicho powoli przysuwając się do mnie. Mój oddech przyspieszył, gdy jego usta znajdowały się blisko moich.- Dobrej nocy Lilian.- Poczułam coś mokrego na policzku. Dopiero po chwili do mnie doszło, że był to jego język. Polizał mnie od kącika ust do skroni, muskając ją swoimi wargami. Odsunął się ode mnie i bez słowa ominął. Ja stałam tak nie wiedząc co robić. Byłam w zbyt dużym szoku. Dopiero po dłuższym momencie się obróciłam ale go już nie było. Jakby rozpłynął się w powietrzu. Nadal zszokowana wróciłam do pałacu, a moje myśli krążyły gdzieś daleko stąd. Podczas kąpieli przypomniałam sobie o polizanym policzku. Chciałam zbyć ten ślad ale coś mnie powstrzymało. Nagle przestało być to dla mnie obrzydliwe. Nie mogłam zasnąć myśląc o jego zagadce. Związany z nocą, a zarazem z dniem. O pięknej urodzie. Ubierający się na czarno. Zabijający biskupów. Lubiący głaskać koty. Uwielbia cisze i spokój. Nieznośny. Niegrzeczny. Samolubny. Bezuczuciowy. Chamski. Niewdzięczny......No dobra. Lepiej powiedzieć niewychowany. Tajemniczy. Pociągający. Majestatyczny. Jakie imię posiada te wszystkie cechy? Jest to jednak ciężki orzech do zgryzienia. Miałam na szczęście czas do namysłu. Patrząc więc w księżyc i rozgwieżdżone niebo zapadłam w sen. A w śnie pojawiły się czarne oczy i jakiś dziwny błysk, a moim ciałem wstrząsnęły dreszcze.

Dzisiaj miałam lekcje gry na skrzypcach oraz lekcje tańca. Podczas gry na skrzypcach zdołałam się na nich skupić całkowicie. Może to dlatego, że tak bardzo je kocham? Jednak na lekcji tańca nie poszło mi zbyt dobrze. Myliłam kroki, nie wsłuchiwałam się w muzykę, zamyślałam się, gdy nauczyciel tłumaczył mi jakieś kroki. Na szczęście lekcje szybko się skończyły i mogłam zająć się swoimi osobistymi sprawami. Poszłam do biblioteki aby wyszukać coś w książkach na temat tego mężczyzny. Czułam, że nie jest on człowiekiem. Ale kim dokładnie?? Moją pierwszą lekturą była Biblia, gdyż tam jest mowa o szatanie z którym może mieć jakieś powiązanie. Robiłam sobie notatki, z których później zamierzałam złożyć coś w jedną całość. Po Biblii szukałam innych książek na temat szatana i tego typu stworów. Żeby rodzice się tym nie zainteresowali robiłam to codziennie po jakąś godzinę. Poza tym normalnie się uczyłam i chodziłam z nimi na salony. Raz oczywiście poszliśmy do mojego narzeczonego, co niezbyt mi się uśmiechało.  Na moje szczęście nie pozostaliśmy sami, więc nie zdarzyła się jakaś dziwna sytuacja. Przez dwa tygodnie czytałam i kalkulowałam swoje notatki. Miałam już swoje podejrzenia, które postanowiłam wyjawić, gdy tylko pojawi się pan w czerni. Nie znam jego imienia, a że chodzi na czarno to go tak nazwałam.

Tego dnia o nim nie myślałam. Snułam się po pałacu nie wiedząc co mam robić. Moje nogi poprowadziły mnie do ogrodu. Spacerowałam po nim spokojnie zatrzymując się co jakiś czas aby powąchać kwiaty. Po długim spacerze usiadłam w altanie, gdzie podano mi herbatę. Pijąc patrzyłam się w niebo i obłoki po nim płynące. Dopiero gdy poczułam chłód zorientowałam się, że pan w czerni leży na jednym z nagrobków. Przez myśl przeszło mi, że mogło mu się coś stać, więc szybkim krokiem do niego podeszłam. Bym jednak cały i spał sobie najnormalniej w świecie. Jego twarz była taka spokojna. Mogłam mu się jeszcze dokładniej przyjrzeć niż wcześniej. Jego twarz była bez skazy. Dłonie miał splecione na piersi. Na palcu wskazującym prawej ręki miał pierścionek. Srebrny z jakimś wzorem. Ukucnęłam i przybliżyłam się aby przyjrzeć się mu.
-Nie ładnie tak obserwować kogoś w trakcie snu.- Podskoczyłam i wstałam machinalnie patrząc na jego twarz. Otworzył powoli oczy, spoglądając na mnie.
-Jak śpisz to czemu mówisz?- Patrzałam się na niego z lekka wyższością. Jednak w moich oczach błyszczała ciekawość.
-Nie śpię od momentu w którym tu podeszłaś. I to, że człowiek ma zamknięte oczy nie znaczy, że śpi.- Usiadł i rozciągnął się, po czym usiadł wyżej.- Więc? Czy znasz rozwiązanie zagadki?
-Znam.- Uśmiechnęłam się na myśl o wygranej.
-Mów więc, co o mnie wiesz.- Uśmiechnął się lekko świdrując mnie wzrokiem. Ja natomiast wzięłam głęboki wdech i wydech.
-Jesteś duszą, która nie może zaznać spokoju. Coś stało się przed twoją śmiercią, przez co nie możesz iść do nieba. Potrzebujesz pomocy człowieka aby załatwił twoją sprawę, dzięki czemu zaznasz wiecznego spokoju.- Po moich słowach nastała cisza. Myślałam, że jest ona spowodowana szokiem, iż zgadłam kim jestem. Jednak po chwili on zaczął się głośno śmiać zginając się w pół.
-Już dawno się tak nie naśmiałem.- Starł łezkę z kącika oka.- Ty jednak nadajesz się tylko do rodzenia dzieci.- Pokręcił w niedowierzaniu głową.
-Nie zgadłam?!- Spytałam zszokowana.
-Ani trochę. Skąd ci to przyszło do głowy?! Nie jestem żadną obłąkaną duszą.- Mina mi zrzedła. Naprawdę myślałam, że jest obłąkana duszą. A jeśli nie jest nią to czym jest?
-To czym jesteś?- Powiedziałam już lekko zdenerwowana i wyczerpana zaistniałą sytuacją.
-Nie powiem. Musisz sama zgadnąć. I skoro raz dałem ci podpowiedź to dam i drugi. Jednak niedługo ci ją pokażę.- Widać bawiła go ta cała sytuacja. Ja się męczyłam i denerwowałam, a on się śmiał i prowokował do dalszego poszukiwania.
-Irytujesz mnie.- Prychnęłam na niego i odwróciłam wzrok od jego oczu. Przez to nie zauważyłam jak do mnie podszedł. Złapał mnie jedną ręką w tali przybliżając do siebie. Stykaliśmy się nosami patrząc sobie głęboko w oczy.
-Dam ci dodatkową skomplikowaną podpowiedź. „Nie obchodzi mnie czas lecz jest on moim wyznacznikiem”. Zastanów się dobrze nad moimi słowami.- Po plecach przeszedł mnie zimny dreszcz. Mimo to nadal byłam skupiona na jego oczach. Gdy zamrugałam już go nie było. Ponownie rozpłynął się w powietrzu. Jednak uczucie ciepła na policzku oraz zimna na plecach pozostało. Odetchnęłam kilka razy nim poszłam do pałacu. „Niepotrzebny czas, który jest wyznacznikiem”- te słowa krążyły po mojej głowie. Postanowiłam jednak poczekać na kolejną podpowiedź i dopiero wtedy wziąć się za interpretowanie tego.

Następnego dnia po śniadaniu przyszła do nas wiadomość, że hrabia Lorrain (lorę) nie żyję. Był już dość stary i chorowity, więc nie zaskoczyło mnie to zbytnio. Pogrzeb odbył się po trzech dniach. Staliśmy na rodzinnym cmentarzu rodu Lorrain.  Trzy metry przed nami stała trumna, przy której zebrała się najbliższa rodzina. Pan Lorrain miał być pochowany w krypcie, gdzie spoczywają jego rodzice, dziadkowie i pradziadkowie. Myślałam, że będzie to normalny pogrzeb. Kilka miłych słów o zmarłym, ostanie przegnanie, kondolencje. Myliłam się jednak w 100 procentach. Gdy ksiądz chciał posypać trumnę ziemią mówiąc „Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz” usłyszeliśmy pukanie. Zapadła niezręczna cisza podczas której każdy rozglądał się za źródłem dźwięku. Jak się okazało dochodziła ona z trumny. Osoby, które niosły trumnę niepewnie ją otworzyły i zerknęły do środka. Pan Lorrain żył. Patrzał na nich i mówił coś niewyraźnie. Dla każdego był to niezły szok. Pomogli mu wyjść z trumny. Pani Lorrain podeszła do męża przytulając go mocno, roniąc przy tym kilka łez. Pan Lorrain pogłaskał ją po włosach trzęsącą się dłonią. Musiał być to dla niego wielki szok, budząc się w trumnie. Uśmiechnęłam się lekko na taki zbieg wydarzeń lecz chłód szybko mi go zmył. Spojrzałam się lekko w lewo, a tam stał on. Opierał się o posąg anioła patrząc z uśmiechem na to wszystko. Nie był to jednak szczęśliwy uśmiech- bardziej taki, który sprowadza jakieś nieszczęście. Odsunął się od posągu i ustał za panią Lorrain. Nie wiedziałam co kombinuje, dlatego dokładnie przyglądałam się jego ruchom. On jednak stał i patrzał się na pana Lorrain. Ten po chwili odwrócił wzrok od swojej żony i zamarł, wpatrzony w niego. Zaczął kręcić głową na boki, odsuwając się do tyłu. Nikt nie wiedział co się dzieje. On zaczął iść w jego stronę z szalonym uśmiechem. Zamrugałam, a pan czerń przesunął się w bok tak, że widziałam jego plecy. Pan Lorrain obrócił się lekko w bok nadal idąc do tyłu. Kręcąc głową zaczął mówić cicho „Nie.....Nie, nie.” Nagle On przyspieszył, na co pan Lorrain się przestraszył. Krzyknął głośne „Nie!” i przewrócił się. Przeżyłby upadek, gdyby nie to, że nabił się na jakiś posąg. Metalowe coś przebiło jego serce. Pani Lorrain zemdlała, niektórzy krzyknęli z przerażenia, reszta odwracała wzrok od krwi. Ja zszokowana patrzałam na niego. Stał obok pana Lorrain i śmiał się. Po chwili zaprzestał i przejechał palcem po ranie z której leciała krew. Przybliżył palec do ust i patrząc mi prosto w oczy zlizał krew. Odwróciłam wzrok nie mogąc na to patrzeć. Chłód zniknął, więc razem z nim on. Wszyscy obecni zostali zaproszeni do pałacu, a rodzina została przy zmarłym. Jak się dowiedziałam wzięli pana Lorrain do jednej z komnat. Tam zszyli raną, ubrali w nowe ubrania i pochowali. Gdy pani Lorrain dołączyła do nas była cała roztrzęsiona. Nie dziwie jej się. Nie codziennie własny mąż umiera, po tym zmartwychwstaje i ponownie umiera ze strzałą w sercu. Ja również byłam roztrzęsiona ale bardziej tym co widziałam tylko ja. On cieszył się z jego śmierci, napawał się nią. I był straszny z uśmiechem szaleńca. Przez chwilę zastanawiałam się, czy chcę znowu go zobaczyć i dalej rozwiązywać zagadkę. Ciekawość poszła przodem, tak więc gdy tylko wróciłam do domu wpisałam kilka uwag do moich notatek.

Prze tydzień nie pokazał się ani razu. Codziennie po kilka razy spoglądałam na nagrobek, na który przesiaduje. Pojawił się późnym popołudniem siedząc wygodnie z jabłkiem w dłoni. Na szczęście rodzice gdzieś pojechali, więc nie musiałam się ich obawiać. Zeszłam powoli na cmentarz, uspakajając moje rozszalałe serce. Przed oczami pokazało mi się pan Lorrain z krwawiącym sercem. Gdy już doszłam do mordercy byłam spokojna.
-Witam szanowną panią, której uroda skąpana w zachodzącym słońcu jest nader normalna. Co cię do mnie sprowadza?- Kącik jego ust uniósł się ku górze, po czym ugryzł czerwone jabłko. Specjalnie wybrał takie aby przypominało mi krew.
-Przyszłam odgadnąć twoją zagadkę.- Patrzałam na niego z pogardą. Nie wiem jak po czymś takim mógł normalnie egzystować.
-Więc słucham cię. Kim jestem?- Ugryzł jabłko oblizując po tym swoje wargi. Zapatrzałam się na nie chwilę, po czym otrząsnęłam się i westchnęłam głośno.
-Jesteś albo wampirem albo zwykłym mordercą.- Na moje słowa prychnął i dalej zajadał się owocem.
-Przykro mi ale nadaj jesteś w błędzie. Już panna lekkich obyczajów szybciej by zgadła.- Tupnęłam nogą ze złości, prychając na niego.
-Przecież zabiłeś i smakowałeś ludzkiej krwi.- Podałam dwa argumenty, które popierały by moje przypuszczenia.
-Nie jesteś dobrym obserwatorem. Umyka ci to, co najważniejsze. No ale nie będę taki zły i dam ci kolejną podpowiedź. „Czasami czuję się lekki jak piórko”. Nie wiem czy ci coś ta podpowiedź pomoże, bo masz mózg wielkości orzeszka.- Zaśmiał się pod nosem, gryząc jabłko ponownie.
-Rozwiąże tą zagadkę, a wtedy ty będziesz musiał mnie ładnie przeprosić!- Wskazałam na niego palcem.
-Niech będzie. To może się założymy?- Spojrzał na mnie z uśmieszkiem na ustach.
-O co?- Może nie powinnam tego robić ale chęć upokorzenia go była silniejsza.
-Daję ci miesiąc na odgadnięcie mojej zagadki. Jeśli zgadniesz to upadnę na kolana i przeproszę cię, całując twoje stópki. Jeśli nie zgadniesz to przez godzinę będę mógł zrobić z tobą co tylko zechcę. Zgadzasz się na takie warunki?- Uśmiechnął się szeroko wstając i patrząc w moje oczy. Przerażała mnie wizja, co on by ze mną zrobił. Jednakże ta druga wizja była o wiele przyjemniejsza i warta tej ceny.
-Zgoda. Przyjmuję twoje wyzwanie. Szykuj się na upokorzenie.- Spojrzałam hardo w jego oczy.
-Już nie mogę doczekać się rozstrzygnięcia.- Wręcz wysyczał i podsunął pod moje usta jabłko. Było ono zielone i nie wiem skąd je miał. Pochyliłam się i ugryzłam kęs. Było soczyste i słodkie. Zabrałam je z jego dłoni, przypadkowo dotykając jego palców. Były chłodne, co było bardzo dziwne.
-Mam w sobie odwagę, biorąc od ciebie jabłko. Nie wiem przecie skąd je masz.- Nie odrywałam od niego wzroku. Może ukaże mi się jeszcze jakaś wskazówka?
-Ja bym bardziej powiedział, że głupia. Mogłem przecież nasączyć jabłko w jakieś truciźnie albo czymś podobnym.- Aż zaprzestałam na chwilę gryzienie jabłka. Szybko jednak powróciłam do konsumpcji.
-Nie zrobiłeś tego. Założyłeś się ze mną, więc abym odgadła zagadkę muszę żyć. Czyż nie?- Kącik moich ust poszedł w górę.
-Jednak potrafisz powiedzieć coś mądrego. Wsłuchaj się w moje wskazówki, a może pożyjesz dłużej niż miesiąc.- Wyszeptał te słowa zbliżając się do mnie. Zamarłam oczekując jego ruchu. On przybliżył się i zlizał sok z mojej brody, muskając na końcu mój policzek swoimi wargami.- Prawda nie jest taka bolesna jak nam się wydaje.- Wyszeptał, a po moim ciele przeszedł dreszcz. Zmrużyłam oczy, jakby rozkoszując się tą chwilą. Gdy je otworzyłam go już nie było, a na drugiej stronie jabłka było ugryzienie. Powinnam wyrzucić to jabłko ale zamiast tego ugryzłam je w pobliżu tego ugryzienia. Szybko zjadłam owoc, po czym udałam się do swojego pokoju. Musiałam porządnie przyjrzeć się swoim notatką aby odgadnąć zagadkę.

Następnego dnia po śniadaniu miałam lekcje z języka włoskiego. Siedziałam więc z moim nauczycielem w bibliotece i skrupulatnie pisałam nowe słowa. Nie chciało mi się zbytnio siedzieć i się uczyć, gdyż pogoda za oknem była przepiękna. Słońce przyjemnie świeciło, aż chciało się usiąść w altanie z filiżanką herbaty i owocami. Już miałam powrócić do pisania, gdy moją uwagę przykuł jeden szczegół. Pan Zagadka siedział w cieniu drzewa i chyba ucinał sobie drzemkę. Od razu po lekcji postanowiłam do niego iść. Zastanawiało mnie co on tu robił i dlaczego nie siedzi na nagrobku. Spokojnie poszłam do ogrodu oddychając świeżym powietrzem i powoli poszłam w jego kierunku. Przykucnęłam przy nim patrząc na jego spokojną twarz. Pochyliłam się i odgarnęłam kosmyk włosów z jego czoła za ucho. Nie odsunęłam dłoni, przejeżdżając palcami po jego policzku. Było gładkie i chłodne. Przejechałam palcami po lini szczeki dochodząc do ust. Teraz wydawały mi się bladsze niż przedtem. Skierowałam swój wzrok z tych ust na jego oczy, które patrzały na mnie spod przymrużonych powiek. Dziwny dreszcz przeszedł przez mój kręgosłup.
-Nieładnie jest tak kogoś dotykać podczas snu, nie sądzisz?- Uśmiechnął się lekko lecz nie odtrącił mojej dłoni. Sama zabrałam rękę z jego policzka aby nie wmawiał mi czegoś dziwnego.
-Co ty tu robisz?- Sama nie wiem jakim cudem ale byłam spokojna.
-Siedzę i ucinam sobie drzemkę. Nie widać?- Z jego wyrazu twarzy od razu było widać, że ma mnie za idiotkę pytając o takie rzeczy.
-To widzę. Ale dlaczego robisz to tu? Przecież miałeś pojawić się za miesiąc.- Tak była w końcu umowa. Nadal nie wiedziałam kim może być pan Mądraliński.
-I za miesiąc się pojawię aby poznać twoją odpowiedź na zagadkę. A to nie znaczy, że nie mogę tu przychodzić i przesiadywać. I tak nikt oprócz ciebie mnie nie widzi. Możesz nie zawracać mną ważną osobą swojej główki. Jednakże moja osoba może da ci do myślenia.- Uśmiechnął się chytrze, patrząc na mnie zadziornie. Patrzałam się chwilę na niego po czym westchnęłam głośno i przysiadłam obok niego.
-Czyli mogę na ciebie bezkarnie patrzeć, a ty mi tego nie zabronisz? Bo jeśli tak to może twoja wredna osobowość na coś mi się przyda.- Uśmiechnęłam się mimowolnie. No cóż, przynajmniej nie będzie tu tak nudno.- A może dasz mi jeszcze jedną podpowiedź?- Spojrzałam na niego kątem oka. On półleżał z zamkniętymi oczami i obojętnością na twarzy.
-Nie. I przestań gadać. Mam ochotę jeszcze się trochę zdrzemnąć w ten jakże piękny dzień, więc bądź łaskawa i zamknij swoje usteczka. I nie wierć się, bo zrobię jeszcze coś niestosownego.- Po jego słowach zapadła cisza, przerywana szumem drzew i śpiewem ptaków. Siedziałam tak i wpatrywałam w kwitnące kwiaty. Po jakieś chwili poczułam ciężar na ramieniu. To On oparł o nią swoją głowę. Będąc tak blisko poczułam zapach kwiatów. Zapamiętałam to i powróciłam do podziwiania przyrody. Ten miesiąc zapowiada się bardzo ciekawie.